piątek, 4 października 2013

Rozdział 32

Po dwóch tygodniach:
Kim jestem? Co za durne pytanie. Potomkiem. Dziewczyną, którą nawiedzają wizje z przeszłości. Amnezja? Chyba tak, ale na pewno nie spowodowana przez chorobę. Kim jeszcze? Osobą, która rozmawia z dawno nie żywym strażnikiem Zguby Anubisa. Również świadek morderstwa przez jakąś postać wyjętą prosto z koszmaru. Dziewczyną, która gdzie nie spojrzy widzi krew, a w każdym śnie zabija swoją przyjaciółkę. Człowiekiem, który kontaktował się z Królem świata błąkających się, któremu zależy wyłącznie na zdobyciu serca i na dodatek zaprasza do Rady. Cóż, istna fikcja, a może moje życie? To, co dla innych nie istnieje dla mnie stanowi całe życie. Może jeśli mocno zacisnę powieki i otworze ja już tego nie będzie? Oczywiście, że nie, bo to prawda. Choć i tak nikt by mi nie uwierzył.
W tej pracy nie ma miejsca na napisanie po prostu uczennica, albo mieszkanka domu Anubisa. Więc, czy na pewno ze mną wszystko w porządku? Gdyby ktoś to przeczytał uznałby mnie za walniętą i od razu zawiózł do psychiatryka. Prychnęłam zirytowana i odsunęłam białą kartkę oraz długopis. Co jak co, ale tego na pewno nie napiszę. Po co się męczyć. Mam jeszcze pół dnia na napisanie tej pracy. Zdążę na pewno... chyba, raczej. Eh kogo ja oszukuje? I tak nie zdążę. Odłożyłam wszystko na komodę i zwlekłam się z łóżka. Mara podniosła głowę znad biurka oraz swojej zapisanej już pracy. Westchnęła i pokręciła z politowaniem głową, wracając do pisania. Na szczęście oszczędziła mi komentarzy i wykładów. Wyszłam z jej pokoju, zamykając cicho drzwi. Nie miałam nic do roboty. Zeszłam znudzona do salonu i rozejrzałam się. Nakatsu leżał rozwalony na kanapie i rzucał w górę niebieską piłeczką, a przy stole siedział Eddie. Nie wyglądał najlepiej.
- A gdzie Anna? - spytałam. - Ostatnio trudno was osobno zobaczyć.
- Oj Gaduło, Gaduło - westchnął, nawet na mnie nie patrząc. - Pewnie jest u siebie.
- Tak się zastanawia, czy będę mogła być druhną na waszym ślubie? - Jakoś nie mogłam się powstrzymać, żeby go nie powkurzać. Podniósł na mnie swoje niebieskie oczy. - No co? Fabian mi pozwolił.
- Żeni się z Marą?
- Niee z drzwiami - odpowiedziałam i prychnęłam. - Jak możesz nie wiedzieć o ślubie własnego przyjaciela.
- Serio, Patricia nie ma ochoty na twoje dyskusje. - Oj powiedział, Patricia. Naprawdę musi mieć mnie dosyć. Nie obchodzi mnie to. Nic a nic. Ani trochę.
- Masz mnie dosyć? - wyrwało mi się. Miałam ochotę walnąć głową w stół. Jedno myślę, drugie robię. - Nie, lepiej nie odpowiadaj - dodałam szybko. - Chyba nie chce znać odpowiedzi. Choć pewnie byłaby ona twierdząca, a wtedy... - ucięłam, zdając sobie sprawę, że chciałam powiedzieć ,,byłoby mi strasznie źle". Ludzie, Patt ogarnij się. Co ja gadam!
- Wtedy co? - drążył chłopak. Wyglądał na zaciekawionego moimi słowami. Ja za to wolałam się wycofać z tej rozmowy.
- Byłabym szczęśliwa - skłamałam i uśmiechnęłam się.
- Cóż za sztuczny uśmiech.
- Jesteś idiotą - stwierdziłam waląc go po głowie i przechodząc do kuchni.
Do domu weszła, Trudy. Niosła z pięć dużych reklamówki z zakupami. Eddie wstał szybko i podbiegł do niej zabierając zakupy. Gospodyni odetchnęła i zaczęła gadać coś o zadziwiających kolejkach w sklepach. Doczłapała się zmęczona do kuchni i wlała wodę do czajnika. Ja obserwowałam zza blatu jak Eddie męczy się z doniesieniem zakupów do kuchni.
- Dlaczego mi nigdy nie pomagasz nosić zakupów? - spytałam, mierząc go zirytowanym wzrokiem.
- Bo nie chodzisz na zakupy?
- To cie wcale nie usprawiedliwia! Powinieneś mi pomagać z zakupami, których nie robię! - beształam go dalej, mając niezły ubaw ze zdziwionej miny chłopaka.
- Przecież ich nie robisz!
- Bo mi nie pomagasz!
- Jak pojedziesz na zakupy, to ci pomogę.
- Nie chodzę na zakupy.
- To w czym problem?!
- W tym, że nie pomagasz mi nosić zakupów, których nie robię! - odkrzyknęłam.
- Bo ich nie robisz!
- Szukasz wymówek dla swojego braku kulturalnego zachowania. Jestem pewna, że nawet gdybym je robiła, to ty nie pomógłbyś mi ich nosić.
- Skąd wiesz, skoro nigdy nie robiłaś?
- Nie robiłam, bo wiedziałam, że nie pomożesz mi ich nieść. - Eddie spoglądał na mnie z niedowierzaniem. - Co się gapisz, idioto.
- Słyszysz samą siebie?
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Trudy, ratuj! - krzyknął i spojrzał błagalnie na gospodynie, która wyjmowała zakupy z reklamówek. Kobieta, pokiwała tylko głową z szerokim uśmiechem.
- Pamiętaj Eddie, że kobieta ma własną logikę, której nie można podważać - powiedziała spokojnie i spojrzała na nas. - Więź między ludźmi nie znika z dnia na dzień.
- Więc nie podważaj mojej logiki, Miller - powiedziałam szybko, ignorując drugą część wypowiedzi, Trudy. Chłopak jednak spojrzał na mnie dziwnie, jakby rozmyślając nad tym, co usłyszał. - No i co pyskujesz!? - krzyknęłam, czując się jak pod mikroskopem.
- Przecież nic nie mówię - bronił się.
- Właśnie widzę. Dobra, weź wyjdź!
- Nie chce!
- Peszek. Wyjdź!
- Nie!
- Nie kłóć się ze mną.
- To ty się kłócisz!
- Ludzie, jakim ty jesteś idiotą.
- Z tobą się nie da wytrzymać.
- Ze mną? Nawet nie po....
- Mlekoooo!!! - krzyknął uradowany, Nakatsu wpadając do kuchni i rzucając się  na mleko w kartonie, które przed chwilą wyjęła, Trudy. Odkręcił korek i napił się, skacząc w miejscy. Spojrzałam na Eddiego, napotykając jego wzrok. Wzruszyłam ramionami. - Oooo pyszne!
- Z biedronki - odezwała się opiekunka, wyjmując z szafki garnek. Nakatsu nagle zadrżał i przeskoczył do zlewu, wylewając mleko.
- Co ty robisz? - spytałam, przyglądając się chłopakowi z zaciekawieniem. Eddie stanął obok mnie, unikając kilku kropel mleka, które nie trafiły do zlewu.
- Wiecie ile biedronek musiało zginąć, żeby powstał ten karton mleka! - krzyknął zdesperowany. - Przecież nie można tak brutalnie doić biedronek. A co jeżeli wyginą?
- Nakatsu... - zaczął Eddie, ale nie dokończył.
- Nie. Żadne Nakatasu, Nakatsu. Wiecie ile biedronek straciło życia dla kartonu mleka?
- Biedronka, to sklep - powiedziałam, przez co chłopak podszedł do mnie ze śmiertelnie poważną miną.
- Jak możesz traktować biedronki tak przedmiotowo.
- Biedronka, to nazwa sklepu - wytłumaczyłam spokojnie, mając przy tym niezły ubaw. Chwile zajęło nim, Nakatsu pojął, co powiedziałam. Spanikowany podbiegł do zlewu i zaczął go lizać.
- Nakatsu, co ty robisz? - spytała Trudy, która w końcu wygrzebała garnek.
- Wylizuje mleko ze zlewu - odpowiedział i wrócił do lizania.
Opiekunka westchnęła tylko i odstawiała na blat garnek. Podeszła do piekarnika. Otworzyła go i ze znudzoną miną, odsunęła się na bok.
- Alfie, wyłaź z piekarnika - powiedziała. - To już trzydziesty raz, kiedy znajduję cie w piekarniku.
- Bo zamrażarkę zajął Fabian z drzwiami, żeby mieć więcej prywatności! - krzyknął zrozpaczony i wybiegł z kuchni.
 Oglądałam całą tą sytuacje z uśmiechem na ustach. Kochałam tych idiotów. Byliśmy rodziną, a Nakatsu szybko się zaaklimatyzował. Choć Sano, nie chciał tego przyznać, to widziałam, że martwi się o brata. Codziennie w szkole się o niego pytał. Ciekawe, co teraz robi. Zapraszałam go kilka razu do domu Anubisa, ale zawsze odmawiał. Rzadko też widziałam Sano z kimś u boku. Raczej nie był towarzyski. Moje rozmyślania przerwał orzeszek w miodowej polewie, który uderzył w mój policzek. Spojrzałam wkurzona na Eddiego. Stał, oparty o blat i trzymał w ręku paczkę orzeszków, którymi we mnie rzucał.
- Myślałem, że trafię - usprawiedliwił się i uśmiechnął. - Twoje ulubione.
- Jak w ciebie zaraz rzucę orzeszkiem, to stracisz głowę.
- Hm wątpię żebyś miała taką siłę rzutu. - Westchnęłam zirytowana i podeszłam do chłopaka, wyrywając mu paczkę orzeszek. - Ej!
- Masz jeszcze dwie w szafce - powiedziałam i ruszyłam w kierunku salonu. Wiedziałam, że Trudy zawsze kupuje kilka paczek orzeszek i w sumie wszystkiego. Usiadłam wygodnie na kanapie. - I czego się za mną przywlokłeś? - spytałam, kiedy zobaczyłam Eddiego na horyzoncie.
- Doszedłem do wniosku, że z tobą lepiej je mi się orzeszki.
- No, to już jak wyznanie miłosne - zaśmiałam się i rzuciłam orzeszkiem w kierunku blondyna. Chłopak zrobił krok do tyłu, a orzeszek wleciał mu prosto do ust. Prychnęłam i wystawiłam mu język, widząc jaki jest z siebie dumny. - To nic trudnego.
- Więc spróbuj - zaproponował i zabrał z opakowania kilka moich skarbów w miodowej polewie.
Wstałam z kanapy i oddaliłam się kilka kroków od chłopaka. Cela, to on jednak kompletnie nie miał. Pierwszy orzeszek wylądował za telewizorem. Drugi odbił się o szybę w oknie.Reszta wcale nie miała lepszego losu. Im głośniej się z niego śmiałam, tym bardziej był zdeterminowany, żeby w ogóle we mnie trafić.
- Tu nie ma się z czego śmiać - mówił, odkładając paczkę na stół. - Chyba już nie lubię orzeszków.
- A ja owszem. Szczególnie teraz - podeszłam do stołu i zabrałam z niego orzeszki. - Są pyszne.
- Dla ciebie, to mógłbym je jeść do końca życia - powiedział i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. Coś mnie ruszyło.
- Eddie!
Zauważyłam tylko czarne włosy, które przemknęły obok mnie. Dziewczyna rzuciła się na Eddiego piszcząc jak mały piesek. Miała na sobie białą sukienkę w kwiaty i czarne baleriny. Ciekawe ile się stroiła na przyjście tutaj. Serio, miałam  ochotę zwymiotować na ich widok. Czy mu naprawdę podobały się takie dziewczyny? Może i była ładniejsza ode mnie. Westchnęłam zirytowana i wyszłam z holu. Po prostu nie mogłam na nich patrzeć. Powolnym krokiem wdrapałam się na piętro. Będąc już przy drzwiach swojego pokoju, usłyszałam kroki za mną.
- Szukasz mnie, kochanie? - Odwróciłam się raptownie do tyłu. Dłoń Clarka wytarmosiła moje proste włosy. Warknęłam na niego i odsunęłam się.
- Aż tak głupia nie jestem.
- Powątpiewałbym.
- Mam zawołać Alfiego z dywanem?
- Poddaję się! - Uniósł ręce w geście poddania i podszedł do mnie bliżej. - Byłbym wdzięczny gdybyś porozmawiała z Joy. Nie potrafię jej zrozumieć.
- Po prostu jesteś za głupi.
- Jesteś wredna - poskarżył się posyłając mi jedno z tych jego spojrzeń.
- Ej sam chciałeś, to masz. Radź sobie ze mną.
- Czy ja coś mówię? Uwielbiam cię taką.
Podszedł do mnie i objął w pasie, kładąc podbródek na mojej głowie. Jego lekkie perfumy, którymi skrapia szyje drażniły przyjemnie moje nozdrza. Bliskość mi nie przeszkadzała. Zamknęła oczy i przyłożyłam czoło do jego szyi. Czułam jego puls i bicie serca. Właśnie tego potrzebowałam? Było tak spokojnie. Coś lepkiego zaczęło spływać po mojej dłoni, przyłożonej do klatki piersiowej chłopaka. Zapach również się zmienił. Zamiast męskich perfum czułam tylko metaliczny zapach krwi. Po mojej twarzy również spływała czerwona ciecz. Podniosłam głowę i spojrzałam na Clarka. Stróżka krwi ciekła z jego ust i spod gęstej czupryny. Oczy były zamknięte, a ręce bezwładnie opadły po jego bokach. Spojrzałam w dół na swoją dłoń. Trzymałam w niej nóż, który tak samo jak moja rękę, był cały we krwi, a spiczasty czubek wbity w skórę, Jeroma. ,,Nie teraz, proszę" - powtarzałam w myślach, zamykając oczy. To nie było prawdą. Powinnam się już przyzwyczaić, ale tak nie było. Za każdym razem bałam się, że tym razem, to dzieje się na prawdę. Przecież to wszy...
- To pogadasz z nią? Zrób, to dla przyjaciela, Trixie.
Otworzyłam raptownie oczy. Jerome głaskał mnie po głowie, nadal trzymając w objęciach. Westchnęłam cicho. Chciałam teraz pobyć sama. Właśnie to się dzieje, kiedy z kimś przebywam. Obrazy śmierci ludzi, na których mi zależy.
- Chyba tak. Pójdę się położyć.
Wyswobodziłam się z uścisku chłopaka. Dopiero teraz zauważyłam, że orzeszki były rozsypane na podłodze. Nawet nie wiedziałam, kiedy wypadły mi z ręki.
- Możesz zjeść - powiedziałam do Jeroma i weszłam do pokoju, zamykając za sobą szybko drzwi. Joy siedziała z Karą na łóżku, oglądając coś na laptopie. Nawet we własnym pokoju nie mogę pobyć sama.


- Wstawaj!
Ryk poniósł się po mojej głowie jak błyskawica. Moje mięśnie automatycznie się napięły, a zmysły rozbudziły. Zerwałam się na nogi ignorując zimno jakie przeszło przez moje ciało. Tutaj na prawdę przydałby się dywan. Omiotłam wzrokiem cały pokój i zatrzymałam na pustym łóżku Kary. Lavrei stał już przy drzwiach i mnie pośpieszał. W panującej ciemności bardzo trudno było go dostrzec. Nie myśląc, jak najciszej wybiegłam z pokoju. W białej bokserce na cienkich ramiączkach i krótkich, czarnych spodenkach zbiegałam po dwa schodki. Cud, że się nie wywaliłam. Wpadłam jak burza do salonu, a przez niego do kuchni. Spojrzałam pytająca na Lavreia, kiedy zatrzymaliśmy się w kuchni, a on ucichł.
- Co jest? - spytałam cicho.
- Czuje jej krew. - Zmarszczyłam brwi. Nie wiem dlaczego, ale nagle doszłam do wniosku, że mnie trochę przeraża. - Zguba Anubisa gdzieś tu jest.
Zamilkł, a ja nie wiedziałam, co robić. Mój umysł ciągle działał powoli i jak na złość nie chciał ze mną współpracować. Przeczesałam dłonią włosy. Czułam, że zaraz usnę na stojąco. Nagle do moich uszu dobiegł jęk. Posuwając się bosa po zimnych kafelkach weszłam do pralni. Było to małe, prostokątne pomieszczenie, które mieściło dwie pralki i suszarkę, na której wisiały ubrania. Na samym końcu znajdowały się ciemno brązowe drzwi na podwórze. Kolejny jęk zaprowadził mnie do rogu przy drugich drzwiach. Bez okien było za ciemno, żebym mogła coś dostrzec.
- Kara? - wyszeptałam i z wielkim ciężarem na sercu zrobiłam kilka kroków w kierunku skulonej postaci.
- Patt? Patt, to ty? - Od razu poznałam głos, Tatiany. Gdy tylko do niej podeszłam, rozpłakała się jeszcze bardziej, tym razem z ulgi.
Minęłam ją i przekręciłam gałkę w drzwiach na podwórze. Rozchyliłam je lekko, a do środka wdarła się poświata księżyca. Kucnęłam obok dziewczyny. Z rozcięcia na policzku ciekła jej krew. Czy to możliwe, że to tylko kolejna wizja? Jeśli tak, to powinnam odejść. Patrzyłam na dziewczynę nie wiedząc, co robić. Nawet jeżeli, to tylko kolejny koszmar to i tak nie potrafię jej zostawić.
- Co się stało? - spytałam i odgarnęłam za ucho jej włosy z twarzy. Bałam się, że jeżeli jej dotknę, to rozbije się na małe kawałeczki. - Poczekaj. Pójdę po chusteczki.
Po chwili wróciłam do dziewczyny z całym pudełkiem chusteczek. Usiadłam obok niej i wyrwałam jedną z błękitnego pudełka. Delikatnie przyłożyłam ją do policzka, Kary. Powoli robiła się czerwona. Przynajmniej nie krwawiła mocno.
- Co się stało? - powtórzyłam pytanie, choć nie chciałam jej zmuszać do mówienia, to musiałam wiedzieć, co się dzieje. Tatiana, spojrzała na mnie jak obolałe zwierze.
-  Nie wiem, jak to się stało. Jakbym lunatykowała. Po prostu otworzyłam oczy i znalazłam się tutaj. Boje się, ale nie wiem czego. Patt, ja tak nie chce żyć. - Łzy na nowo zaczęły spływać po jej zaróżowionych policzkach. - Nie chce do końca życia nosić przy sobie tej głupiej busoli! Ja nie chce tak żyć! - Z każdym słowem, podnosiła głos. Objęłam ją.
- Cicho - szeptałam, jak małemu dziecku po nocnym koszmarze. Było mi jej tak bardzo żal. Miała racje, że nie może tak żyć i to tylko dlatego, że ja za bardzo się boję, aby cokolwiek zrobić. - Wymyślę coś. Obiecuję.
- Nie wymyślisz nic, nie wymyślisz - powtarzała, dławiąc się własnymi łzami. - Fabian, nie mógł. Czytał tyle książek, ale nic w nich nie ma. To jakieś piekło.
- Kara, ja coś wymyślę - mówiłam, upewniając się coraz bardziej w przekonaniu, że muszę coś zrobić. - Posłuchaj, to musi zostać między nami.
Przytaknęła głową. Nie była głupia i wiedziała, że mieszanie w to Sibuny nie jest najlepszym pomysłem. Oni już zaczęli żyć własnym życiem. Frobishera już nie ma i dla nich, to koniec. Chcą chodzić do szkoły i układać sobie życie. Mają swoje plany na przyszłość i nie chcą ich stracić. Choć myślę, że oni się boją. Kara, też to wiedziała. Nagle poczułam się jak starsza siostra, a przecież jesteśmy w tym samym wieku. Czy naprawdę byłam za nią odpowiedzialna? Pomogłam jej wstać, biorąc przy okazji paczkę chusteczek i zaprowadziłam ją do naszego pokoju. Uspokoiła się, ale dopiero, kiedy wcisnęłam jej w dłoń busole naprawdę doszła do siebie. Położyła się na łóżku, a ja usiadłam na podłodze, opierając się o ścianę i przykładając, co jakiś czas chusteczkę do jej policzka. Nasza współlokatorka spała spokojnie, a Lavrei stał koło okna i wyglądał przez nie. Wiatr poruszał liśćmi, tworząc na ścianie różne kształty. Nie wiem, czy byłam już tak zmęczona, ale mogłabym przysiąc, że widziałam ludzki cień chowający się koło mojego łóżka.
Najpierw otworzyłam oczy, a dopiero po kilku minutach się rozbudziłam. Nadal było ciemno, więc nie spałam dłużej niż pół godziny. Przez spanie pod ścianą wszystko mnie teraz bolało. Nie byłam w stanie ruszyć mięśniami. Kara, spała do mnie tyłem, ściskając kurczowo w dłoni busole. Czułam mrowienie przechodzące przez moje dłonie i dalej ku górze. Zgięłam palce i poczułam stwardniały materiał. Chusteczka, którą nadal trzymałam w dłoni była przesiąknięta, wyschniętą już krwią. Krwią Zguby Anubisa. ,,Ironia losu" - pomyślałam i skrzywiłam się. W głowie zaczęło mi huczeć. Wsunęłam chusteczkę do kieszeni w dresowych spodenkach i wstałam. Momentalnie wszystko zaczęło się kręcić. Nie zważając na to, ruszyłam do kuchni po jakieś tabletki przeciwbólowe. Mijając gabinet Victora w oczy ukuło mnie ostre światło lampki. Ciekawiło mnie, co robi o tej godzinie, Victor. Cicho przekręciłam gałkę w drzwiach i uchyliłam je. Na widok białowłosej postaci, stojącej przy biurku od razu się rozbudziłam. Jego morskie oczy zadziałały lepiej niż cały dzbanek kawy.
- Gdzie Victor? - spytałam, gorączkowo omiatając cały gabinet wzrokiem.
- Blisko mu już na tamtą stronę. Próbują przedłużyć mu życie, ale jeżeli umrze dla ciebie to lepiej - kąciki jego czerwonych ust uniosły się ku górze. - Przypomnisz sobie wszystko, choć Henotowi to nie na rączkę.
- Ale co ty tutaj robisz?
- Skoro nie chcesz po dobroci oddać krwi Zguby Anubisa, to zabawmy się. Chce zobaczyć przy której z kolei zabitej osobie w końcu się poddasz. Zobaczymy kto wygra. - Wyjął z kieszeni czarnej kamizelki krótki nóż. Jego rękojeść była zdobiona w jakieś wzroki, a ostrze lśniło, odbijając światło lampki. Spojrzał na mnie. - Służy do obdzierania ze skóry. Sprawie, że twoje koszmary zmienią się w prawdę. Uwierz mi, że nie odróżnisz już nocnego koszmaru od twojego prawdziwego życia.
Baltazar podszedł do mnie i z uśmiechem na pomarszczonej twarzy, zamknął przede mną drzwi. Słyszałam jeszcze jak przekręca w nich klucz i zasłania żaluzje w małym okienku. ,,Masz kilka dni, nie więcej" - powiedział przez zamknięte drzwi i odszedł. Zbiegłam po schodach, omal się nie zabijając i wręcz rzuciłam na kanapę. Chwyciłam w dłoń najbliższą brązową poduszkę i zakryłam nią twarz. Nie płakałam. Nie chciałam dać mu tej chorej satysfakcji. Ale to wszystko mnie przerastało. Nigdy nie pogodziłabym się ze śmiercią kogokolwiek z nich. Mniejsza ze mną! Moja śmierć i tak była już przesądzona! Zapisana na piersi jakiegoś człowieka! Ale ich śmierć... Cholera, dlaczego wszystko spoczywa na mnie!? Co ja takiego zrobiłam! ,,Urodziłaś się" - wyszeptał mały głos w mojej głowię. Ktoś szlochał, blisko mnie. Był to żałosny dźwięk. Jakby ktoś ranił zwierze, a ono wiedziało, że nie może nic z tym zrobić. Jest za słabe, żeby wstać i walczyć, więc tylko to znosi, złudnie czekając na koniec tej męki, który nigdy nie nadejdzie. Bo nie może mierzyć się z Bogiem. Śmierć. Tylko to mu zostało. Ten szloch wbijał się w moje uszy i serce. Przechodził przeze mnie jak prąd i zadamawiał się w każdym zakątku moich myśli. Irytował mnie. Oderwałam nerwowo poduszkę z twarzy, ale nikogo nie było. Zasłoniłam sobie dłońmi usta, czując jak na mojej skórze osadza się woda. To był mój szloch. Moje łzy. Straciłam kontrole nad własnym życiem i co gorsze nad własnym sercem.
- Dlaczego płaczesz? - spytał Lavrei, siadając obok mnie. Kanapa nawet się nie ugięła pod jego ciężarem. Pierwszy raz tak bardzo czułam jego obecność.
- Ja nie płacze - powiedziałam, choć chyba tylko w myślach.
Ja nie płakałam. To tylko zwierze, które idzie na rzeź. To jego szloch oznaczał ostatnie bicie serca i doprowadzał mnie do szaleństwa. I tylko dzięki temu, że pohamowałam jakoś swój szloch, usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi. Drzwi, wychodzących na podwórze, które zapomniałam zamknąć.

----------------------------------------------------------------
Długo nie było, żadnego rozdziału, ale byłam za granicą bez zbytniego dostępu do internetu. Przyznam się, że niezbyt miałam pomysł na rozdział, jednak uznałam, iż przydałoby się coś w końcu napisać szczególnie, że ktoś czekał na nowy rozdział. Byłam dojść zdziwiona tym faktem, ale bardzo się z tego cieszę. Głównie, to właśnie to zmobilizowało mnie do napisania kolejnej części.
Mam nadzieję, że dało się jakoś, to czytać. Teraz idę nadrabiać zaległości w czytaniu innych blogów. Duuużo tego ;p.

niedziela, 15 września 2013

Rozdział 31

- Co ty do jasnej cholery tu wyprawiasz! - wrzasnęłam na bruneta, stojącego przede mną. Miał lekką zadyszkę i roztrzepane włosy. Przez tego kretyna omal nie dostałam zawału.
- Biegam, ale co ty tutaj robisz w nocy?
- Zwiedzam okolice.
- W nocy? - Sano spojrzał na mnie pytająco i pokiwał głową. - Moja mama zawsze mówiła, że jak kobieta wychodzi w nocy z domu, to możesz być pewien, że wróci z pochodnią.
- Pochodnią? Chyba nie chciałabym spotkać na swojej drodze twojej mamy.
- Oczywiście symboliczną.
- Serio, chcesz mnie w w środku lasu w nocy uczyć przenośni? - spytałam.
- Dobra, nie wściekaj się - uniósł ręce w geście obrony i uśmiechnął się. - Odprowadzę cie do domu.
- Nie chce! Sama dojdę - ruszyłam szybko w stronę Anubisa. Po chwili chłopak zrównał się ze mną.
- Będę spokojniejszy, kiedy będę wiedział, że siedzisz bezpiecznie w Anubisie.
- Masz szczęście, że nie mam pochodni, bo bym cie spaliła - warknęłam. Przecież potrafię sama dojść do domu.
- Lubię sobie pobiegać wieczorami - zmienił nagle temat. - To mnie trochę uspokaja.
- Dobrze wiedzieć.
- Mogłabyś być milsza.
- Nikt ci nie każe mnie odprowadzać!
- Ludzie, z tobą się nie da się wytrzymać!
Westchnął i ruszył nagle biegiem. Wołałam go, ale nie reagował. Jakoś nie uśmiechało mi się zostanie tu samej w nocy, więc pobiegłam szybko za nim. Musiałam się nieźle namęczyć, żeby dotrzymać mu kroku, ale jakoś się udawało. Może nie było, aż tak źle z moją kondycją? Kiedy dotarliśmy pod dom Anubisa ledwo trzymałam się na nogach. Łapałam łapczywie powietrze, próbując jednocześnie udawać, że wcale się tak nie zmęczyłam. Sano przyglądał mi się z rozbawieniem. Wyglądał jak po krótkim spacerku.
- Świetnie się bawisz, co? - spytałam, widząc jego uśmiech.
- Tak - przytaknął i odwrócił się do mnie tyłem. - Gdzie mamy jutro pierwszą lekcję?
- Gabinet obok twojej szafki.
- Dzięki.
Nie robiąc najmniejszego hałasu, chłopak odbiegł. Po chwili ciemność go pochłonęła, a ja cicho pociągnęłam za klamkę drzwi. Było już dawno po kolacji, więc tak jak się spodziewałam klucz w zamku był przekręcony. Od razu widać, że Victor w domu. Podpierając się ściany, małymi krokami przechodziłam do okna w pokoju. Ból poczułam dopiero po chwili leżenia na ziemi, twarzą w dół. Potknęłam się o jakiś kamień. Po chwili uświadomiłam sobie, że w sumie jest ich mnóstwo wokół mnie. Kompletnie zapomniałam, że Alfie rzucał je Fionie. Dopiero przy setnym doszedł do wniosku, że nasz dywan nie przepada za aportowaniem. Był tym strasznie zawiedziony, ale jakoś się pozbierał. Mi jednak trudniej teraz wychodziło pozbierani się i wstanie na nogi. Musiałam mocno przywalić, bo ciągle czułam tępe pulsowanie w głowę. Korzystając z rąk wstałam jakoś na nogi. Otrzepałam spodnie i przyklejona do ściany przesuwałam się do okna. Tym razem dokładnie badałam podłoże nim postawiłam nogę. W końcu wymacałam uchylone okno. Wepchnęłam w szparę dłoń i pociągnęłam za małą klamkę. Drzwiczki od razu ustąpiły, otwierając się z cichym skrzypnięciem. Wgramoliłam się do środka, zamykając od razu za sobą okno. Poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Odwróciłam się w stronę kanapy. Blondyn wpatrywał się ze mnie z zaciekawienie.
- Można wiedzieć, co ty robisz? - spytał cicho, przekrzywiając lekko głowę.
- Prywatna spraw...
- Byłaś na randce - przerwał mi szybko. Na jego twarzy wymalowało się oburzenie, aż chciało mi się śmiać.
- Na spacerze, jeśli już musisz wiedzieć. - Chciałam go minąć, ale w jednej chwili chłopak znalazł się na przeciwko mnie. Spoglądał mi badawczo w oczy, zapewne żeby się przekonać, czy kłamię.
- Nie wierze ci.
- Nie musisz, Eddie.
- No, ale... - zaciął się, szukając jakieś wymówki.
- Chce iść spać - oświadczyłam dosadnie. Eddie wyciągnął w moim kierunku rękę i przejechał po czole. Na jego palcu została krew. Cholera, musiałam nieźle przywalić.
- Co ty robiłaś na tym spacerze? Zawsze jak znikasz mi gdzieś z oczu, to wracasz poszkodowana - stwierdził, kiwając głową. Nie zaprzeczyłam, bo w sumie miał rację. - To moja wina.
- Co ty gadasz? - Nie potrafię go zrozumieć. Patrzyłam na jego oczy zwrócone na podłogę. Zadręczał się czymś, a mi  z każdą chwilą robiło się go coraz bardziej żal. Uśmiechnęłam się. - Przesadzasz. Przecież, to nie twoja wina.
- Ile razy miałaś już przeze mnie rękę potłuczoną? To moja wina.
- Eddie, Eddie - westchnęłam. - Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za moją głupotę.
Chłopak podwinął rękaw czarnej bluzy i starł krew spływającą po moim czole na  policzek. Odepchnęłam szybko jego dłoń. Nie chciałam, żeby poplamił sobie bluzę. Lubiłam ją. Poszłam do kuchni i wyjęłam z szafy nową ścierkę. Księżyc wyłonił się spod ciężkich chmur i wpadał przez okno do kuchni. Jego delikatna poświata była przyjemna dla oczu. Odkręciłam ciepłą wodę w kranie i zamoczyłam ciemno niebieską ścierkę. Dopiero teraz, kiedy wyciągnęłam przed siebie dłoń zobaczyłam jak się trzęsie. Choć psychicznie potrafiłam ukryć strach nawet przed samą sobą, to niestety nie miałam takiej kontroli nad moim ciałem. Ciepła dłoń Eddiego zacisnęła się na moim nadgarstku, a druga zabrała ścierkę. Czułam się żałośnie. Nie miałam nawet odwagi odwrócić się i spojrzeć mu w oczu, więc musiał to zrobić sam. Przyłożył do mojego czoła szmatkę, a drugą rozmasowywał moją dłoń. Dreszcze powoli mijały. Ciągle miałam przed oczami tą skuloną postać w rogu. Odpychałam ją ciągle na dno myśli, ale ona wracała. Jeśli ja mam zginąć, to nie powinnam się do nikogo przyzwyczajać. Nie chcesz, żeby ktoś cierpiał, kiedy mnie zabraknie. Może powinnam przyśpieszyć swoją śmierć?
- Jestem strasznie ciekawy o czym myślisz - odezwał się Eddie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że ciągle patrze w jego oczy. Biło od nich ciepło i opiekuńczość. Czułam się bezpiecznie, a ostatnio to naprawdę rzadkość.
- Przypomniało mi się jak się spotkaliśmy pierwszy raz.
W twarz buchnęła mi gorąca para. Zmrużyłam oczy i ledwie złapałam lecącą na podłogę ścierkę. Eddie puścił ją wyłączając szybko czajnik. Nawet nie zauważyłam, kiedy wstawił wodę. Zalał dwa kubki i podał mi jeden z obrazkiem misia, trzymającego w łapkach czerwoną poduszkę. Odstawiłam poplamioną od krwi ścierkę i wzięłam w obie dłonie kubek. Nagrzałam sobie dłonie, wdychając zapach malinowej herbaty. Było ciemno, a przez parę jeszcze bardziej nie mogłam dostrzec twarzy Eddiego. Mimo, to czułam jego bliską obecność. Bardzo bliską. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej był widoczny. Jego sterczące włosy, niebieskie oczy i usta, które były coraz bliżej. Para wylatująca z herbaty owinęła jego twarz. Jego ciepłe usta dotknęły moje. Nasze ciała dzielił tylko gorący kubek. Było mi tak dobrze. Byliśmy sami, nikt nam nie przeszkadzał. Cóż, przynajmniej przez chwile.
- Herbatę zaraz wylejecie - odezwał się Jerome, wyjmując z lodówki sok.
Odsunęłam szybko głowę do tyłu. Eddie warknął coś pod nosem odsunął się ode mnie. Chwycił w dłoń kubek ze swoją herbatą i zacisnął na niej dłoń. Wyszedł do salonu i stanął przed oknem, popijając napar. Jerome, podszedł do wiszącej szafki i wyjął z niej przezroczystą szklankę. Nalał do niej soku i odstawił go do lodówki. Wychodząc zerknął jeszcze na mnie.
- Co ty wyprawiasz, Trixie? - spytał cicho i pokiwał głową. - Całujesz się z kolesiem, który ma już dziewczynę i to od razu po zerwaniu z tobą. Będziesz nie szczęśliwa. Uwierz mi, że nie warto wchodzić dwa razy do tej samej rzeki - powiedział i wyszedł z sokiem w dłoni. Czy właśnie dlatego nie chciał wrócić do Mary?
Wiem, że ma rację, ale nie przeszkadzało mi, kiedy Eddie mnie całował. Poza tym potrzebowałam go. Po tym wszystkim, chciałam poczuć choć przez chwile trochę czyjegoś ciepła i poczuć się bezpieczna. Odstawiłam z żalem kubek i ruszyłam w stronę holu. Po drodze zaczepił mnie Eddie.
- Idziesz już? - spytał zrezygnowany. Napięcie, które przed chwilą znikło znowu wróciło.
- Jestem padnięta. Dobranoc.
- Dobranoc.
Weszłam na schody i i stanęłam. Eddie przechodził przez hol do swojego pokoju. Widać było, że nad czymś myśli. Nagle nasunęła mi się dziwna myśl. - Eddie? - Chłopak stanął i spojrzał na mnie pytająco. - Ty chyba nie czekałeś na mnie? - spytałam, choć ledwo przeszło mi to przez usta.
- No coś ty. Ja tylko liczyłem plamy na kafelkach - powiedział szybko i poszedł do swojego pokoju.
Głupio wyskoczyłam z tym pytaniem, ale już trudno. Jak w ogóle mogłam pomyśleć, że on na mnie czekał?
- Ale zdajesz sobie sprawę, że on na ciebie czekał? - usłyszałam w myślach rozbawiony głos Lavreia
- Sam powiedział, że liczył plamy na kafelkach.
- Eh jakaś ty głupia.
Zmarszczyłam czoło, stojąc przed drzwiami do swojego pokoju. Przecież w salonie nie ma kafelek.

Boleśnie poczułam podłogę. Pościel wylądowała na mnie i zakryła, ale nie narzekałam. Opatuliłam się nią i dalej poszłam spać. Nawet przez grubą pierzynę, promienie porannego słońca dochodziło do mnie i drażniło oczy. Niestety pościel brutalnie została mi zabrana przez Joy, stojącą nade mną w mundurku szkolnym z paniką na twarzy. Łóżko Kary było już puste i dokładnie pościelone.
- O co chodzi? - spytałam zaspana, nie ogarniając świata wokół mnie.
- Jak to co!? Pierwsze lekcja się za dwie minuty zacznie! - wrzeszczała, szukając po pokoju torby. - Spóźnimy się jak nic.
- Dlaczego mnie wcześniej nie obudziłaś - wymamrotałam.
- Budziłam cie kilka minut wcześniej i poszłam się ubrać. Nie moja wina, że zamiast wstać poszłaś sobie spać!
- Dobra idź. Ubiorę się i przyjdę.
Dziewczyna pokiwała głową i zniknęła z pokoju. Odwróciłam się na drugi bok i owinęłam szczelnie kołdrą na podłodze. Wystarczyło kilka sekund, żebym zasnęła.

Nienawidziłam poniedziałków. Nie dojść, że całą niedziele przeleżałam w łóżku, męcząc się z bólem głowy i Nakatsu, który kazał mi zgadywać jakie zwierze udaje, to teraz musiałam męczyć się w szkolę. Zaspałam na pierwszą lekcję. Teraz była już połowa drugiej, a ja dopiero szłam do szkoły. Oczy same mi zamykała, a nogi wlokły leniwie. Słońce i ciepło wcale nie pomagały mi w wybudzeniu się. Weszłam do szkoły. Nie było sensu iść na połowę lekcji, więc chciałam zajrzeć do auli. Zrobiłam kilka kroków i moją uwagę przykuła postać śpiąca pod parapetem, oparta o ścianę. Miała ona na sobie szkolny mundurek, ale bez krawatu. Białej koszuli przydałoby się prasownie, ale mimo wszystko do chłopaka, to pasowało.
- Ej Sano, wstawaj - uklękłam przy nim i trzepnęłam go w ramię. Chłopak od razu otworzył oczy i napiął mięśnie. Jak zobaczył, że to tylko ja, rozluźnił się i oparł wygodniej o ścianę. Ledwo mieścił się pod tym szerokim parapetem. - Nie powinieneś być na lekcji?
- Nie mogłem znaleźć gabinetu.
- Przecież jest obok twojej szafki. Gdzie szukałeś?
- Wszedłem do szkoły. Spojrzałem na prawo, a tam ściana. Więc, sobie myślę, że nie ma co szukać, bo się zgubię, zestarzeje i umrę bez żony i potomków, a później dzikie zwierzęta mnie zjedzą i zostaną szczątki, a kiedy przyszli archeolodzy mnie odkopią, to nie chce, żeby ludzie uważali, że zginąłem przez zgubienie się w szkole. To hańba! Więc poszedłem spać.
- Ah... w porządku... chyba. A gdzie zgubiłeś krawat? To cześć mundurka, więc musisz nosić.
- Ja nic nie muszę - powiedział z lekkim oburzeniem, że w ogóle zasugerowałam coś takiego. Po chwili dodał z niesmakiem: - Nie mogłem zawiązać.
- Bez krawatu też ci do twarzy - pocieszyłam go, uśmiechając się.
- To nie ludzkie, żeby w taką pogodę siedzieć w szkole - zmienił szybko temat.
- Wiem, ale co ja ci poradzę? Choć na lekcję. - Wstałam i czekałam, aż chłopak zrobi to samo. On jednak ani drgnął. Miałam już odchodzić, kiedy nagle zerwał się i z uśmiechem zadowolenia stanął na przeciwko mnie. Wiedziałam, że to nie świadczy o niczym dobrym. Spojrzałam na niego pytająco.
- Masz przy sobie sportowy strój? - spytał z wielką nadzieją w głosie.
- Mam w szafce.
- Idziemy po niego.
Nie miałam serca mu odmówić, a na lekcję też nie koniecznie chciało mi się iść. Miał rację, że szkoda marnować taką pogodę na siedzenie w szkole. Poszliśmy do szafki i wyjęłam strój. Szare dresy z zielonym paskiem ciągnącym się od biodra do nogawki i czarną bokserkę. Do tego trampki, idealne do biegania i byłam gotowa. Sano strój miał przy sobie, co wcale mnie nie zdziwiło. Coś czułam, że on od początku nie miał w planach siedzenia dzisiaj na lekcjach. Na korytarzach panowała pustka. Mijając gabinet dyrektora usłyszałam jego rozmowę z Alfiem. Coś o tym, żebym nie przychodził z psem do szkoły i dlaczego nie ma kagańca. Lewis tłumaczył się, że nie mieli rozmiaru Fiony. Hitori patrzył na mnie niezrozumiale. Zaszliśmy jeszcze do łazienki się przebrać. Sano narzucił na siebie luźną białą koszulkę z czarnymi paskami na rękawach i czarne dresy. Ze szkoły wyszliśmy bez problemu. Chłopak zaprowadził mnie na tyły budynku. Była tam polana trochę mniejsza niż boisko do gry w nogę. To chyba tutaj ćwiczył Mick przed wyjazdem. Sano od razu poprawił się humor. Przeciągnął się i omiótł wzrokiem teren.
- Biegam w kółko - wytłumaczył mi. - Ale ogólnie wole biegać po lesie, jednak trochę mi szkoda tego słońca, żeby się chować przed nim pod drzewami.
- Chyba nie oczekujesz, że będę biegać? - Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić mnie biegającej.
- Oczywiście ja mam lepszą kondycję, więc nie przejmuj się, że jestem bardziej wytrzymały - spojrzał na mój przerażony wyraz twarzy. Zaśmiał się, przez co obrzuciłam go wrogim spojrzeniem. - Przecież nie każe ci skakać z mostu. Sama zobaczysz ile to daje przyjemności. Biegniesz i nie musisz się niczym przejmować. Twoje myśli wolno krążą po głowie, a powietrze owija cie z każdej strony. Nie musisz przejmować się innymi, czy patrzeć gdzie jest piłka. Tylko biegniesz. Czuje się wtedy wolny. Biegniesz przed siebie ile chcesz i możesz spokojnie pomyśleć lub po prostu cieszyć się każdym krokiem.
Spoglądałam na niego, kiedy tak mówił. Widziała na jego twarzy rozmarzenie, jakby już nie mógł się doczekać, kiedy zacznie biec. Byłam ciekawa, czy naprawdę jest tak jak mówi. Dla mnie bieganie oznacza tylko ból mięśni i późniejsze zakwasy, ale może to wynik podejścia. Gdy patrze na kogoś tak zaangażowanego, to sama mam ochotę zacząć biec i przekonać się, czy poczuję to wolność. Uśmiechnęłam się i przeciągnęłam. Sano spojrzał na mnie zadowolony.
- Nie zmuszaj się do biegu, bo wtedy nie poczujesz tej przyjemność. Biegnij tyle ile chcesz - pouczał mnie. - Nie przejmuj się niczym. Tu nie ma sposobów na bieg, które musisz opanować. Po prostu biegnij.
- W porządku. Chce spróbować.
Sano przytaknął zadowolony głową i ruszył najpierw powolnym truchtem. Lekko stąpał po ziemi nie robiąc w ogóle hałasu. Obserwowałam jak się rozluźnia i odchodzi od rzeczywistego świata. Patrzył się przed siebie, ale nie zauważył by pewnie nawet samolotu, który przeleciałby przed nim. Zrobił jedno kółko i przyśpieszył trochę. Dołączyłam do niego. Postanowiłam wziąć z niego przykład i zacząć powoli. Później trochę przyśpieszyłam, aż doszłam do tępa, które najbardziej mi odpowiadało. Nie biegliśmy koło siebie, ponieważ każde z nas miało inne tępo. Od czasu do czasu, Sano spoglądał na mnie i uśmiechał się. Słońce przyjemnie głaskało moją skórę, a leciutki wiatr łaskotał ją. Biegłam uśmiechając się sama do siebie. To naprawdę było przyjemnie uczucie. Nie mam pojęcia ile biegłam. Nogi ciążyły mi, ale nadal biegłam. Kompletnie o niczym nie myślałam. Patrzyłam przed siebie i czułam, że mogłabym tak biec całą wieczność. ,,Jakbym uciekała przed problemami" - pomyślałam i spojrzałam na Sano. Ciekawe, czy on również ucieka przed problemami.
Biec przestałam dopiero, kiedy omal się nie wywaliłam. Nogi zaczęły mi się plątać i nie mogłam już ich nawet podnieść. Zatrzymałam się i zgięłam w pół wdychając łapczywie powietrze. Sano, to zauważył i również przystanął przy mnie. Nie sapał jak ja, ale jego klatka piersiowa  również unosiła się szybko i opadała. Mimo to oboje byliśmy zadowolenie. Ze szkoły dobiegł nas dzwonek.
- Przebiegaliśmy całą lekcję? - spytała zdziwiona. Wydawało mi się jakbym biegła tylko kilka minut.
- To dzwonek na koniec lekcji. Zmywajmy się zanim ktoś zauważy, że zamiast siedzieć na lekcji biegaliśmy.
- Czekaj, już koniec lekcji? - To jakieś żarty. - Biegaliśmy tak długo?!
- Szybko zleciał czas, co?
Z uśmiechem na ustach, chłopak ruszył w stronę domów. Poszłam za nim. Po drodze tłumaczył mi zasady odżywiania się i systematycznych treningów. Minęliśmy również Fabiana, który siedział na czerwonym kocyku w kratkę z koszykiem piknikowym i świeczką na środku. Obok leżały drzwi z gabinetu Victora, a Rutter grał im serenady na gitarze. Dobrze, że nasz dozorca załatwił sobie nowe drzwi, bo tych już raczej nigdy nie odzyska. Ciekawe jakby wyglądały ich dzieci.
Sano wrócił do siebie. Ja do domu miałam trochę dalej. Od razu po przekroczeniu progu pobiegłam do siebie i ze świeżymi ubraniami do łazienki. Potrzebowałam długiego prysznica. Później spowiedź przed Joy, gdzie byłam. Powiedziałam jej, że wstałam chwile przed ich powrotem i poszłam na spacer. Jakoś nie chciałam, żeby wiedziała, że byłam biegać. Pewnie konałby ze śmiechu. Po obiedzie siedziałam w salonie i spisywałam od Mary dzisiejsze notatki. Kanapa ugięła się, kiedy Eddie usiał obok mnie. Obrzuciłam go pytającym spojrzeniem.
- Możemy pogadać? - spytał zmieszany, zerkając na Willow biegającą w kółko po salonie, odprawiając jakieś podejrzane obrzędy.
- Jasne. - Poszliśmy do kuchni. Nasze rozmowy w tym miejscu zawsze się dziwnie kończyły. Coś czułam, że z tą nie będzie inaczej. - O co chodzi?
- Wiesz, myślę poważnie o Annie, a ten nasz pocałunek... - mówił, przeczesując dłonią włosy. - To było tak z przyzwyczajenie.
- Przyzwyczajenia... - powtórzyłam bezmyślnie. - Ludzie, jaki z ciebie kretyn - wypalił. - Nawet nie brałam tego na serio, więc nie masz czym się przejmować, ale jak możesz mówić, że całujesz mnie z przyzwyczajenia? - naprawdę bardzo się starałam, żeby nie zacząć drzeć się na cały dom. Moje dłoń automatycznie wylądowała z impetem na policzku chłopaka. - Wybacz, to tak z przyzwyczajenia - powiedziałam z sarkazmem.
Do kuchni wparowała Anna. Byłam ciekawa, czy słyszała naszą rozmowę. Może, to ona kazała mu ze mną porozmawiać. W sumie dziewczyna ma rację. Jej chłopak całuje się z inną z przyzwyczajenia. Nie no, szlak mnie trafi! Ratujcie mnie ludzie przed takimi idiotami!
- Co on znowu zrobił? - spytała, kiwając głową. Widocznie wiedziała, że z Eddiego, żadne niewiniątko.
- Nic - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się zadowolona. - To tak z przyzwyczajenia.
Wróciłam na kanapę, ale ktoś jednak nie chciał dać mi spokoju. Nakatsu leżał obok mnie z głową na moich kolanach i marudził coś o latających kotletach, a Lavrei stał przy oknie i walił głową w szybę.
- Nudzę cię - narzekał Lavrei, a jego znudzony głos odbijał mi się w myślach.
- Co ja ci na to poradzę? Zajmij się czymś.
- Chodźmy na spacer, poszukać wrogów.
- Ile razy mam ci powtarzać, że wiewiórki, to nie groźny batalion wrogich sił! Nie możesz na nie skakać z mieczem.
- Jedna miała granat ręczny!
- To był orzeszek!
- Nie znasz się. Ona miała granat w krwiożerczych zębiskach! Toż to na pewno była misja samobójcza!
- To tylko wiewiórka.
- Za moich czasów jedliśmy wiewiórki. To zapewne ich zemsta za tamte czasy.
- Poddaję się. Chodźmy na ten spacer - oznajmiałam, wstając z kanapy. - Przynajmniej się czymś zajmiesz.
- Tak! Śmierć krwiożerczym wiewiórkom!
Skończyło się na tym, że poszliśmy na spacer całą piątką. Alfie biegał w zwolnionym tępię z dywanem na smyczy i wielkim uśmiechem na twarzy, Nakatsu robił wypchanemu krokodylowi wykłady o sposobie pływania, ponieważ jak wsadził go do wanny, to poszedł na dno, Fabian biegał po okolicy ze śmiechem i drzwiami na plecach wrzeszcząc,  że nie długo ustalą datę ślubu, a Lavrei napadł na bezbronne wiewiórki.
- Wyszłam na dwór z całym psychiatrykiem - powiedziałam do siebie i westchnęłam.


Z perspektywy Eddiego
Cisze zakłócało tylko stukanie długich, pomalowanych na czarno paznokci Anny o klawiaturę mojego laptopa. Co jakiś czas mamrotała pod nosem wyzwiska skierowane do małego smoczka, któremu nie udało się pożreć rycerza w zbroi. Uważałem, że ta gra jest dojść głupia, ale dziewczynę kompletnie zafascynowała. Siedziała na moim łóżku zapatrzona w monitor, a ja leżałem obok z głową na miękkiej poduszczę. Było spokojnie... za spokojnie. Jakoś nie wyobrażałem sobie Gaduły, grającej w zielonego smoczka i to z taką uciechą. Czarne włosy Anny, zafalowały, kiedy odwróciła głowę w moją stronę. Promienie słońca padały prosto na jej bladą twarz i delikatne rysy. Spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami z wyrzutem.
- Przegrałam - oświadczyła rozpaczliwie. - Smoczek mi zmarł. To twoja wina! Spojrzał na ciebie i mu się żyć odechciało!
- Że niby, to moja wina? To ty go zagłodziłaś.
- Phi ja wiem lepiej.
- To tylko gra.
- A no tak. Ty masz większe problemy niż śmierć mojego smoczka - uśmiechnęła się przebiegle. - Na przykład taka jedna dziewczyna...
- Nie kończ.
- Oj daj spokój. Wiesz, że jak tak dalej pójdzie, to ona zniknie z twojego życia na zawsze? Już nie będziesz miał żadnej szansy.
- Ja już nic do niej nie czuję - protestowałem, ale to tak jakbym mówił do ściany. Anna cmoknęła ustami i pokręciła głową.
- Wiesz, ty chyba musisz po prostu doświadczyć tego na własnej skórze.
- Czego? - spytałem przez co dziewczyna obrzuciła mnie spojrzeniem mówiącym ,,jesteś idiotą".
- Straty Eddie, straty. Bo ty ją stracisz, a wtedy będziesz cierpieć i tylko od szczęścia zależy, czy będziesz mógł to naprawić. A uwierz mi, że będziesz chciał, bo mimo wszystko ty nadal ją kochasz.
- Anna...
- W porządku, Eddie. Ja poczekam licząc, że moje szczęście nie postawi was wtedy na swojej drodze - wstała z uśmiechem z łóżka, odkładając na komodę laptop. - Pójdę zrobić herbatę.
Dziewczyna zostawiła mnie samego w pokoju. W takich chwilach bardzo ją ceniłem. Inna by pewnie poszła, bo jakby nie było wiedziała, że po głowie ciągle chodzi mi inna dziewczyna. Ona jednak została przy mnie. Chciałem zaprzeczyć jej słowom, ale do niej i tak by to nie dotarło. Dlaczego wszyscy uważają, że wiedzą lepiej, co ja czuję?

poniedziałek, 9 września 2013

Rozdział 30

Ponownie walnęłam piętą o drzwiczki szafki. Mimo tego, ciągle machałam nogami. Coś musiałam robić. Siedziałam na blacie w kuchni i obserwowałam dwie osoby, siedzące na kanapie tyłem do mnie. Przecież ja nie specjalnie tak siedzę i szpieguje Eddiego i Anne, bo w końcu byłam tu wcześniej. Nie moja wina, że mnie nie zauważyli. No przecież ich nie szpieguje. W ogóle po co ja się tłumacze sama sobie? Dziewczyna najpierw zdjęła szary sweter, a później rozpięła pierwszy guzik koszulki. Nie no, szlak mnie weźmie. Co z tego, że jest gorąco? Powinna siedzieć tam w płaszczu i śpiworze. Eddiemu, to jednak wcale nie przeszkadzało. Pokazywał jej coś na laptopie i chichrali się. Czy ona nie ma własnego domu? Jeszcze nawet śniadania nie było, a ona już u nas. Może spała potajemnie u Eddiego? Ludzie, zaraz zwymiotuje! Może jeszcze w jednym łóżku! Dobra Patt, to nie twoja sprawa. Wzięłam porządny chłyst powietrza przez nos i wypuściłam przez usta, rozchylając je lekko.
- Kogo szpiegujesz?
Drgnęłam nerwowo i walnęłam w łeb stojącego obok Jeroma. Takie przedsięwzięcia wymagają ciszy, a nie wrzeszczącego Clarka. Chłopak jęknął i zrozpaczony zaczął poprawiać sobie włosy. Zajęło mu to kilka minut.
- Wynocha mi z tond, Clark - warknęłam cicho.
- Kuchnia jest wspólna.
- Naruszasz moją aurę! Człowieku, teraz jest na pewno czarna.
- Wiedźmy zawsze moją czarną.
- Sugerujesz coś? - zmierzyłam go morderczym spojrzeniem.
- Ej nie takim tonem, młoda.
- Bo co, staruchu?
- Wyjdź z kuchni i zabierz ze sobą te swoje skażone powietrze. Chce sobie zrobić kanapkę  i ...
Przerwał, kiedy do kuchni wparowała Joy. Zmrużyła oczy i skupiła je na Clarku. Biedak znowu coś przeskrobał. Zrezygnowany, opuścił głowę i wyszedł posłusznie za swoją dziewczyną z kuchni. Słyszałam ich kroki na drewnianych schodach. Wróciłam do obserwacji moich obiektów. Podniosłam do ust szklankę z sokiem, która stała obok. Napiłam się i nagle zachłysnęłam sokiem, powodując niepohamowany kaszel. Zakryłam usta dłonią i ścisnęłam z całej siły. Szybko sunęłam się z blatu i schowałam, opierając plecy o szafkę. Nie chciałam, żeby myśleli, że ich szpieguje. To by było żałosne. Objęłam jedną ręką kolana i przysunęłam do siebie. Usta ciągle miałam zasłonięte. Siedziałam tak z dwie minuty.
- Co ty robisz? - głos Eddiego przyprawił mnie o ciarki. Gorączkowo myślałam, co mam mu powiedzieć.
- Eh wiesz, liczę plamy na podłodze - rozglądnęłam się po niej i szukając jakieś plamy. - Patrz! Tu jest jedna! - krzyknęłam, wskazując mu ręką. - Chce pomóc w ten sposób, Trudy.
- Pomogę ci - oznajmił i usiadł blisko mnie. Nasze ramiona ciągle się stykały . Nie mogłam tego wytrzymać. W końcu pchnęłam go z całej siły i przewrócił się na chłodną podłogę. Spojrzał na mnie zmieszany. - Za co to!?
- Nudziło mi się - odpowiedziała i wróciłam do szukania plam. Chciałam się na tym skupić, ale ktoś ciągle wtykał mi palce w żebra. - Chwycę ten twój palec i ci go połamię, a później schowam do słoika.
- Jestem, aż tak ważny, żeby trzymać moje części ciała w słoiku - ucieszył się blondyn i wywalił zadowolony uśmiech.
- W sumie, to zmieniłam zdanie. Odetnę ci ten palec i oddam do kolekcji Alfiego.
- To ona ma taką kolekcję? - spytał, przestając się szczerzyć.
- Jasne. Ma już nawet tam twój rozum.
- Bardzo śmieszne, Gaduło.
- No ja się świetnie bawię.
Skierowałam na Eddiego figlarne spojrzenie. Eh jak mi brakowała dokuczania mu. Nim się obejrzałam byłam już zamknięta w jego uścisku. Chłopak objął mnie mocno i trzymał tak przez chwile. Czułam się dojść nie komfortowo w takiej sytuacji, ale jednocześnie nie chciałam go odepchnąć. Minuty powoli mijały, a żadne z nas nie chciało się odsunąć ani o centymetr. Czułam na szyi jego oddech, który delikatnie muskał moją skórę. To wszystkie było takie sztuczne... Bez emocji. Nasze serca wcale nie przyśpieszyły, a oczy nie skierowały w swoją stronę. Jego dłonie nie przynosiły ciepła, a jego bliskość nie była dla mnie przyjemnością. Czułam tylko pustkę w głowę i sercu.
- Przepraszam - powiedział, wstając. Nie obchodziło mnie, dlaczego przeprasza. - Chciałam zobaczyć, czy coś jeszcze do ciebie czuje  - dokończył.
- I co?
- Nie. Już nic nie czuje.
- To w porządku, tak myślę - powiedziałam, uśmiechając się delikatnie. Wstałam i patrzyłam pustym wzrokiem jak chłopak odchodzi. - To w porządku...
- Tu się z tobą zgodzę, Trixie. A tak w ogóle, co ty robisz? Tylko nie mów, że liżesz podłogę beze mnie!?
- Niee nie liże jej - odpowiedziałam wesoło na pytanie, Alfiego. -Szukałam plam.
- Aaa rozumiem. Taka współpraca - ucieszył się Lewis. - Ty szukasz plam, a ja ja będę zlizywać.
- A co ja mam robić? - spytał Nakatsu, wparowując z impetem do kuchni. Nie wyhamował i wpadł na szafkę, lądując z hukiem na ziemi.
- Ty możesz polerować podłogę swoimi włosami - powiedziałam z uśmiechem, którego nie mogłam powstrzymać.
Podałam chłopakowi rękę, ale postanowił od razu wziąć się do roboty. Zaczął machać zawzięcie głową po podłodze. Alfie cały w skowronkach, upadł na kolana i z entuzjazmem zaczął lizać kafelki. Mieli przy tym tyle szczęścia, że postanowiłam nie psuć im zabawy. Wyszłam z kuchni, kierując się do swojego pokoju. Na holu spotkałam Jeroma. Rozmowa z Joy chyba nie poszła tak źle, bo chłopak miał najwyraźniej bardzo dobry humor.
- Widziałaś Alfiego? - spytał, kiedy go mijałam.
- Tak. Jest w kuchni i liże podłogę.
- Co? - Jerome spojrzał na mnie zdziwiony. Powinien być już przyzwyczajony do dziwnych za zachować, Lewisa.
- Nie wstydź się. Możesz dołączyć - minęłam Clarka i poszłam na górę.

Wszyscy siedzieli na kolacji. Wyjęłam z szafki skórzaną kurtkę i założyłam na siebie. Pod spodem miałam tylko bordową bokserkę. Lekko pofalowane włosy opadały na dekolt, łaskocząc mnie po skórze. Ciepłe dni przynosiły też za sobą chłodne noce. Zamknęłam, otwarte na roścież okno. Cicho zaskrzypiało, kiedy przekręciłam klamkę. Konary drzew przysłaniały księżyc, który wyruszał ze mną w tą podróż. Sprawdziłam jeszcze raz, czy mam w kieszeni telefon, służący również za latarkę. Kiedy byłam już gotowa wyszłam cicho z pokoju. Wyjście z domu niezauważoną było dziecinnie proste. Może, to dzięki mojemu doświadczeniu? Małe kamyki, którymi była wyłożona ścieżka przed domem, hałasowały przy każdym kroku. Wystarczyło mi kilka minut, żeby znaleźć się w lesie. Muszę przyznać, że adrenalina dodawała sił. Nie zwracałam już uwagi na hałas, który robię łamiąc gałęzie pod stopami i strasząc leśne zwierzęta.
Uchyliłam drzwi biblioteki Frobishera. Prześlizgnęłam się przez szparę, odprężając się, kiedy poczułam tak znajomy zapach starych książek i kurzu. Zrelaksowałam się, kiedy odcięłam się od zewnętrznego świata. Całą drogę obawiałam się, że kogoś spotkam. Może nawet nie koniecznie żywego człowieka. Po tym, co widziałam już nic mnie nie zdziwi. Zrezygnowałam ze światła nie chcąc się zdradzać. Jeszcze tego mi brakowało, żeby ktoś zauważył światło z biblioteki. Wygrzebałam telefon z kieszeni spodni i włączyłam latarkę. Małe, białe światełko oświetliło drogę do przejścia. Przesunęłam półkę z książkami i nie wahając się weszłam do środka. Nie mogłam teraz mieć wątpliwości. Niczym nie ryzykowałam, no może oprócz swojego życia, ale kogo to obchodzi? W ciasnych korytarzach było o wiele zimniej, niż na dworze. Zaciągnęłam rękawy kurtki, chowając dłonie. Szłam powoli, żeby nie przeoczyć wejścia. Sibuna nie zamknęła za sobą drzwi, więc nie musiałam marnować cennego czasu na poszukiwania. Uważali, że tam nic nie ma, ale jakoś nie chciałam w to wierzyć. Miałam przeczucie, a raczej ktoś mnie tam prowadził. Nie miałam zamiaru się temu sprzeciwiać. Ptak, którego umazałam własną krwią, jak i ściana zniknęły. Przed mną rozciągał się ciemnu korytarz. Pewnie powinnam zawrócić... Nie pakować się w kłopoty i żyć tak jak dotychczas, ale właśnie to planowałam. Musiałam tylko to sprawdzić.
- Słyszałaś o książce, której można się spytać, czy umrzesz w najbliższym czasie?
Te słowa Victora utkwiły mi w głowie. Chciałam żyć normalnie, ale musiałam wiedzieć, czy przeżyje. Jeżeli nie, to powinnam być w tej księdze. Tylko jak ja mam się jej spytać, niby? Z tym pytaniem powinnam się była udać do Mary przed przyjściem tutaj, ale teraz to już bez znaczenia. Doszłam do pustego pokoju. Nie różnił się niczym od korytarzy. Był w kształcie prostokąta, a ściany z cegły były pokryte grubą warstwą kurzu. Małą latarką w telefonie oświetliłam, każdy skrawek ściany szukając jakiś napisów lub znaków. Słup światła wylądował na drugim krańcu pomieszczenia. W rogu coś leżało. W sumie można, to było uznać z wielki czarny kamień. Niepewnie ruszyłam w kierunku tego czegoś. Zatrzymałam się w połowie, kiedy zauważyłam, że mój czarny kamień porusza się. Do moich uszu doszedł cichy jęk i zgrzyt starych kości. Kamień zaczął się podnosić. Obraz na chwile mi się rozmazał. Strach uderzył mi do głowy jak piorun, przez co nie mogłam nawet się odezwać. Chude, kościste nogi, postaci odwróconej do mnie tyłem, trzęsły się. Do połowy zakrywał je czarny płaszcz z kapturem. Zrobiłam krok do tyłu, kiedy postać zaczęła odwracać się powoli w moją stronę. Ujrzałam starą, pomarszczoną twarz. Ciemne oczy patrzyły się na mnie pusto. Wyglądał jak strach na wróble. Chudy, kościsty i ledwo trzymający się na nogach. Z jego ust wydobył się syk. Telefon w mojej dłoni zaczął się trząść przez co światło wylądowało na chwile na suficie. Kiedy znowu skierowałam je na postać już jej tam nie było. Coś zaszurało za moimi plecami. Odwróciłam się szybko i cofnęłam, kiedy zobaczyłam zgarbioną postać przed mną. Koścista dłoń była wyciągnięta w moim kierunku. Spod rękawa wystawała blada, prawe biała skóra, na której były napisane imiona i nazwiska. Nagle zdałam sobie sprawę ze znaczenia słów ,,książkę, która można spytać, czy umrzesz." Ta oto książka stała właśnie przede mną i pustymi ślepiami wpatrywała się we mnie wyczekująco.
- Przyszłam się ciebie zapytać, czy jestem na twojej liście - powiedziałam cicho. Sama się zdziwiłam, gdy usłyszałam swój spokojny głos. W środku trzęsłam się ze strachu. Głowa mojego rozmówcy przechyliła się na bok, nie odrywając ze mnie wzroku.
- Jesteś tu - wyszeptał zachrypniętym i zmęczonym głosem, który przyprawił mnie o ciarki. Czułam się jakbym rozmawiał ze śmiercią. - Skoro mnie widzisz, to musisz być. Oni nie widzieli.
Mężczyzna odskoczył ode mnie raptownie i schował się w rogu. Zaczął odkrywać różne części ciała. Brzuch, klatka piersiowa, nogi, ręce. Wszystko, to było zapisane imionami i nazwiskami. W tej ciemności nie mogłam się ich doczytać. Zatrzymał się dłużej na swojej prawej piersi. Wstał z klęczka i truchtem podbiegł do mnie. Wbił paznokieć w swoją skórę, wskazują mi miejsce, gdzie widniało moje imię i nazwisko. Dostałam dreszczy, których nie potrafiłam pohamować. Postać widząc, to uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, ale i ze dziką satysfakcją.
- Jesteś trzecią osobą, która do mnie przyszła, by to sprawdzić. Pewnie pan Rodenmar ci o mnie powiedział. On tu był - zakręcił się w kółko i klasnął w dłonie. - Imiona znikną, kiedy te osoby zginą i pojawią się nowe na ich miejsce.
Cofałam się powoli do wyjścia. Tak bardzo chciałam z tond zniknąć. Nagle to pomieszczenie stało się ogromne. Jakbym miała do przebycia miliony kilometrów. Postać zaciskała i prostowała palce u rąk. Była przerażająca, a śmierć emanowała od niej z daleka.
- A ci ludzie, którzy tutaj byli? - spytałam nagle, będąc już przy wyjściu. Musiałam się dowiedzieć jak najwięcej. - Ich nie ma na liście, więc nie zginą.
- Kolejka czekających na śmierć jest długa. Moja lista dotyczy tylko ludzi związanych z tym domem. Może, to po prostu jeszcze nie ich czas? Moje ciało jest już zapisane. Przyjdź, kiedy zwolni się miejsce i sama zobacz, czy któreś z nich pojawiło się na mojej liście - mówiąc to, szedł już do swojego kąta, szurając za sobą nagami. Opadł tam na podłogę i zwinął się w kłębek. Nim jednak wyszłam, odwrócił jeszcze w moją stronę swoją zakrytą materiałem głowę. - Jesteś ciekawą osobą. Bije od ciebie moc, której nie powstydziłby się sam bóg umarłych.
- Ale i tak zginę, prawda?
- Twoje imię jest wyryte blisko mojego serca. Choć ono już nie biję, to czuje je w piersi. Widzę jeszcze jakieś światełko. Bije ono gdzieś z wnętrza ciebie. Pamiętaj, że dopóki twoje serce bije, będziesz żyć. Nie pozwól go sobie odebrać. Ah i zamknij jeszcze bramę. Nawet tutaj dochodzi mnie zimno tego świata. - Chciałam zadać jeszcze tyle pytać, ale mężczyzna zwinął się w kłębek i zastygł. Obserwowałam przez chwile jak niknie w ciemności i tracę go z oczy. Podpierając się ręką ściany, wyszłam z tunelu, zmykając za sobą przejście.
Szłam zamyślona i dziwnie spokojna. Zginę i nic nie mogę na to poradzić. Mogłam zrobić teraz, co tylko zechce. Nic nie ryzykowałam. Miałam tylko cicho nadzieję, że moja śmierć nie będzie bolesna, ale chciałam, to zachować dla siebie. Bezbolesna śmierć jest żałosna. Nawet jej nie poczuję. Mimo to, właśnie takiej chciałam. Powolnym krokiem zmierzałam do Anubisa. Domu, który był moim całym problemem. Ale, czy można to tak nazwać? Przecież tylko ja byłam odpowiedzialna za swoje problemy. Gdybym postąpiła już na początku inaczej. Miałam do wyboru tyle scenariuszy, a poszłam właśnie tą drogą. Może i nawet wiedziałam, co mnie spotka na jej końcu, ale czy nie byłam teraz zadowolona? Nie płakałam, tylko byłam gotowa pogodzić się ze wszystkim. Nie miałam zamiaru rzucać się jak idiotka w wir zdarzeń. Wolałam usiąść z boku i przyglądać się wszystkiemu, a w odpowiedni momencie wkroczyć. Nie wygram siłą, ale spokój może jeszcze coś zdziałać.
- Jeżeli chcesz grać, Heton, to w porządku. Zagrajmy - wyszeptałam, uśmiechając się i podnosząc głowę do czystego nieba. Umrę, ale najpierw mam zamiar świetnie się zabawić.
,,Wiedziałem, że dobrze wybrałem" - usłyszałam w głowę przyjemny głos, Lavreia. Pomimo, że go nie widziałam, to był gdzieś blisko mnie. Jak zawsze z resztą. Głośny szelest i dźwięk łamanych gałęzi przywrócił mnie drastycznie do rzeczywistości. Byłam w środku lasu, a ciemność otaczała mnie z każdej strony. Grube gałęzie zatrzymywały większą cześć światła gwiazd dla siebie, nie dopuszczają do mnie. Drzewa, stojące blisko siebie, tworzyło wokół mnie coś na kształt schronu. Liczyłam, że ta osoba po prostu mnie nie zobaczy. Stałam tak bez ruchu, bojąc się nawet oddychać, a biegnąca postać zbliżała się do mnie coraz bardziej. Po chwili zauważyłam zbliżający się w moim kierunku cień.

sobota, 31 sierpnia 2013

Rozdział 29

Drobne płatki białego śniegu osadzały się na kasztanowych, długich do pasa włosach, którymi wiatr doskonale się bawił. Długi, czarny płaszcz okalające dokładnie ciało małej dziewczynki był już mokry. Dłonie, opatulone w grube, czerwone rękawiczki, trzęsły się z zimna i strachu. Do małych kropel deszczu dołączyły łzy, spływające po zaczerwienionych policzkach. Ciemne, pochmurne i zimowe niebo, ciążyło nad polaną, otoczoną łysymi drzewami.  Na środku niej, w grubej warstwie śniegu leżał człowiek. Ten sam, co widniał na fotografii znalezionej w drzewie. Dziadek małej dziewczynki patrzył na nią swoimi brązowymi oczami. Próbował się uśmiechnąć, ale wychodził mu tylko niezrozumiały grymas. Jego krew, wsiąkła w zimny śnieg, tworząc wokół niego coś na kształt kałuży. Postać stojąca nad nim również zerkała na dziecko. Jedyne, co było widać, to sylwetka dobrze zbudowanego mężczyzny, który jakby palił się czarnymi płomieniami. Mała Williamson starała się nie spoglądać na tą postać, choć fascynowała ją w pewnym stopniu. Jej ciemne tęczówki był skupione na człowieku leżącym na śniegu. I choć starsza Williamson, przyglądająca się temu z boku dzięki wizji,  nie pamiętając go, to czuła do niego miłość. Dziadek wyciągnął w kierunku małej swoją dłoń, a w niej zaciśniętą z całej siły pozłacaną busolę. I choć Williamson chciała podejść, to jej drobne nóżki nie pozwalały ruszyć się z miejsca. Postać otoczona płomieniami zabrała przedmiot i powolnym krokiem podeszła do dziecka, nie zostawiając za sobą ani jednego śladu kroków. Kucnęła przed przestraszoną twarzyczką i wcisnęła w drobne dłonie, osłonięte rękawiczką, busole. W tym momencie na przodzie skarbu wyrył się mały ptak, który uniósł swoje czarne skrzydła, zatrzepotał nimi klika razy i zniknął w środku. Starsza dziewczyna, przyglądająca się z boku od razu rozpoznała ptaka, który towarzyszył jej, kiedy zgubiła się w lesie. Ciemna postać, wróciła do mężczyzny w śniegu i przyłożyła dłoń do serce. Nawet z tej odległości dziewczynka, mogła zobaczyć ostatni oddech swojego dziadka.
Wszystko się ucięło i zamiast polany, okrytej białym śniegiem, znalazła się w grobowcu Frobishera, ale tą część już znała. Przyśniła jej się pierwszej nocy, kiedy to wszystko się zaczęło. Oglądała z boku swoją podróż, spotkanie Lavreia i dojście do Anubisa, gdzie przywitał ją Victor. Człowiek, którego doskonale znała i człowiek, z którym przyjaźnił się jej dziadek. Mężczyzna przygarnął ją i otulił ciepłym kocem. Wiedział, co się stało, nawet nie pytając.
- Poradzimy coś na to - szepnął do dziewczynki, która od kilku minut już płakała w jego płaszcz.
Potem były tylko urywki. Jak budzi się co noc z krzykiem i płacze. Victor, który za każdym razem przybiega z kubkiem gorącej herbaty, a czasem i książką do poczytania. Kolejna wizja zatrzymała się, kiedy to siedziała z przyszłym dozorcą w gabinecie. Był środek nocy, a jednym źródłem światła były świeczki rozstawione w kółko na środku biurka. Corbier spoglądał na to wszystko swoimi martwymi, czarnymi ślepiami ze swojego miejsca, na brzegu. Starszy mężczyzna mówił coś pod nosem, zerkając, co jakiś czas na księgę leżąco mu na kolanach. Kiedy przyszła odpowiednia pora, mała Williamson wypowiedziała tylko jedno słowo, które miała powiedzieć.
- To teraz? - spytała towarzysza, nastoletnia Patricia, która przyglądała się swojej młodszej wersji ze smutkiem.
- Tak. W tym momencie straciłaś pamięć i przytomność. Na drugi dzień Victor, odwiózł się do domu. Korzystając z tej samej sztuczki, podrobił wspomnienia twoich najbliższych - wytłumaczył Lavrei, przyglądając się jak dziecko osuwa się na ziemie. - Twój dziadek zabrał cie na wakacje tutaj na jakieś trzy miesiące. Zginął już w pierwszym tygodniu, więc resztę czasu spędziłaś w Anubisie, który przechodził mały remont. Wtedy jeszcze nie funkcjonował jako dom dla uczniów. Victor bardzo się z tobą zżył. Był zawsze sam, a nagle pojawiłaś się ty i zaczęłaś plątać pod nogami. Wiele cie nauczył i pokazał, choć ty tego nie pamiętasz. Nie chciał usuwać ci pamięci, ale bardzo cierpiałaś. Gdyby tego nie zrobił, to kto wie na kogo byś wyrosła. Ale od tego czasu byłaś u niego jeszcze kilka razy, ale to też wyciął. Również, to że przyjechałaś do tej szkoły rok wcześniej od reszty. - Tłumaczył cierpliwie. - Zabrał ci wspomnienia, ale tylko do swojej śmierci. Jeżeli zginie one wrócą. Miało mu, to zapewnić bezpieczeństwo. Osoba chcąca go zabić i zarówno bająca się, żeby nie wróciły twoje wspomnienia musiała odpuścić. Przegrała, ale się nie poddała.
- Więc, to wszystko, co się dzieje jest tylko dlatego, że on jest chory? - upewniała się.
- Im on jest słabszy, tym więcej wspomnień wraca. Jednak tylko, kiedy umrze, wrócą wszystkie.
- Nie chce, żeby umierał.
- Myślę, że teraz zdajesz sobie sprawę, dlaczego ta busol miała być w twoim posiadaniu. Ona należy do ciebie. Victor ją zabrał, bo obawiał się, że w twoich rękach jest w niebezpieczeństwie. Tamta postać zabrała twojego dziadka ze sobą dopiero, kiedy własnowolnie oddał busole tobie i utracił ochronę przed tymi istotami.
- Skoro nie mógł mu zrobić fizycznie krzywdy, to dlaczego krwawił?
- Nie zrobił mu krzywdy fizycznie, ale psychicznie. Sam doprowadził się do takiego stanu. Pewnie wcześniej, czy później popełniłby samobójstwo, dlatego chciał ostatni chwile spędzić z tobą...  Żałuj, że go nie pamiętasz. Był to wspaniały człowiek.  Ale, to samo dzieje się z tobą. Jestem tu, żeby tego uniknąć, ale chyba nie najlepiej mi idzie - Lavrei zaśmiał się gorzko, pokazując rząd białych zębów. - Pokazałem ci, to co mogłem. Teraz już wracajmy...

Spokój, czyli to, co było mi teraz najbardziej potrzebne. Nawet jeżeli siedzie teraz sama na kanapie w sali teatralnej, zamiast na lekcji matematyki i wsłuchuje się w spokój i własne myśli. Cóż, skończyłam tak nie odrabiając znowu pracy domowej i nie mając ochoty na słuchanie kazań nauczyciela. Po prostu miałam lepsze rzeczy do robienia niż pisanie wypracowania. Przymknęłam na chwile oczy. Znowu przerabiałam w myślach tamtą wizję, którą pokazał mi Lavrei. Mimo, że była bolesna, to miło było ją mieć. Na pewno wszystko nabrało teraz większego sensu. Tylko ciekawi mnie skąd Lavrei wiedział jaki był mój dziadek. Przecież mówił mi, że jestem jedyną osobą. w której życie ingeruje. No i Victor... Chce wierzyć, że zrobił, to dlatego, żebym wyrosła na pewno siebie dziewczynę, a nie płaczliwą dziewuchę. Nie uważam, żeby zrobił słusznie, ale rozumiem jego intencje. Teraz jednak chciałam odzyskać busole. Za wszelka cenę. Ciepłe słońce ogrzewało moją skórę i oślepiało żółtawym światłem. Tak było idealnie. Cisza i spokój. Tak bardzo mi tego brakowało ostatnio. Cztery dni szkoły minęły mi w mgnieniu oka, a od weekendu i wolnego od szkoły, dzieliły mnie tylko dwie godziny. Lavrei gdzieś przepadł. Pewnie siedział i łowił ryby. Ważne, że jest w tym świeci i mogę być spokojna. Od czasu do czasu się pojawiał, żeby ze mną pogadać. A co do Eddiego, to nasze rozmowy polegały tylko na docinkach. Każdy z nas unika poważnej rozmowy, bojąc się do czego może ona doprowadzić. Z tego co dowiedziałam się od Jeroma, Fabian już zaczął misje szukania dla niego dziewczyny. Pewnie robi to w bibliotece. Westchnęłam z niesmakiem, kiedy ktoś brutalnie odebrał mi moje słońce. Otworzyłam oczy z chęcią mordu stojącej naprzeciwko mnie osoby. Chłopak przyglądał się mi swoimi ciemnymi, prawie czarnymi oczami z powątpiewaniem. Na ramieniu miał zarzuconą sportową torbę, a jego czarne włosy opadały z tyłu na kark.
- Wiesz, może gdzie jest gabinet dyrektora? - spytał. W jego głosie można było usłyszeć spięcie, ale pomimo tego miał on bardzo przyjemną nutę.
- Nowy? - bardziej stwierdziłam niż zapytałam.
- Tak.
- I rozmowny - dodałam, uśmiechając się mimo woli. Koleś mnie rozbrajał. - Jesteś spięty, jakbyś szedł na szubienice. Uspokój się - poradziłam mu, na co on tylko kiwnął głową. - Dobra, skręcasz tutaj na prawo i idziesz prosto. Filozofii nie ma.
Chłopak chciał coś powiedzieć, ale dzwonek kompletnie go zagłuszył. Ludzie wypadli z klas i zapełnili korytarze, robiąc przy tym nie mało hałasu. Szatyn spoglądał na to wszytko ze zmieszaniem. Postanowiłam się nad nim zlitować. Wstałam z wygodnej kanapy i pociągnęłam go za sobą za rękę. Przechodząc pomiędzy ludźmi minął mnie Alfie z dywanem na plecach i wrzaskami. Tratował przy tym innych, a Willow biegła za nim z miską wody dla psa. Po chwili zza zakrętu wyskoczył dyrektor i przepychając się przez uczniów, biegł za Lewisem ze smyczą.
- Panie Sweet! Nowy uczeń - zaczepiłam go, kiedy przebiegał obok nas.
- Tak, tak. Jest przydzielony do domu Izydy! - wrzasnął i pobiegł dalej, wrzeszcząc coś o oddaniu psa do schroniska.
Chłopak spojrzał pytająco na mnie. Nagle naszła mnie myśl, że wygląda jak zagubiony szczeniak. Było w nim coś sprzecznego. Nie szukał pomocy, ale mimo, to człowiek sam chciał mu pomóc. Zapytałam go o numer szafki i zaprowadziłam tłumacząc, że nie codziennie po szkole biega chłopak z dywanem i dyrektor każący zaprowadzić go do schroniska. Czekając, aż schowa jakiś worek do szafki spostrzegłam Eddiego po drugiej stronie. Znowu stał z Anną i rozmawiał. Dziewczyna co jakiś czas przeczesywała czarne jak smoła włosy, sięgające do łopatki. Wycieniowana grzywka zasłaniała czoło, a pojedyncze kosmyki opadały na okulary z czarnymi oprawkami. Pod nimi iskrzyły zielone oczy, które mimo, że wesołe, zawsze były poważne. Szkolny mundurek okalał jej drobne ciało. Jakaś część mnie chciała jej nienawidzić, ale niestety dane mi było ją poznać. Robiłam z nią kiedyś projekt naukowy i musiałam przyznać, że dziewczyna jest miła i sympatyczna. Uczyła się dobrze i umiała genialnie malować. Jeżeli już Eddie miał z kimś być, to wolałam, żeby nie była to pierwsza lepsza lafirynda. A wygląda na to, że wszytko między nimi idzie w dobrym kierunku. Anna przebywa już w naszym domu codziennie. Często też gdzieś razem wychodzą. Ze mną nie wychodził...
- Zazdrosna? - głos czarnowłosego wyrwał mnie z zamyślenia.
- Nie! - zaprzeczyłam szybko, czując się trochę skrępowana.
- Widać, że jesteś - nie dawał za wygraną.
- Zamkniesz się w końcu, kretynie?
- Znasz mnie kilka minut i już wyzywasz?
- Znasz mnie kilka minut i już wkurzasz?
- Podejdź do niego - kontynuował.
- Koleś, ja sama pozwoliłam mu szukać dziewczyny i jestem szczęśliwa, że jakąś znalazł.
- Tak, tak tłumacz się.
- Ludzie, jak ty mnie wkurzasz.
- Ale i tak mnie odprowadzisz do domu Izydy? - Uśmiechnął się prosząco. Westchnęłam i pokiwałam głową z politowaniem.
- To idziemy - zarządziłam i ruszyłam do drzwi, ciągnąc za sobą chłopaka.
- A lekcje?
- Jebać lekcje!
Zadzwonił dzwonek. Uczniowie ustawili się pod klasą lub już do niej wchodzili. Na korytarzy zrobiło się luźno, więc puściłam rękaw bluzy chłopaka. Tak w ogóle nawet nie wiedziałam jak ma na imię, a robię za przewodniczkę. Na dobrą samarytankę mi się zebrało. Czarnowłosy przepuścił mnie w drzwiach. Dżentelmen od siedmiu boleści.  Ledwo wyszliśmy ze szkoły, a napadł nas jakiś koleś z miodową czupryną. Zaczął skakać przed nami podekscytowany i wrzeszczeć.
- Stary, byłem w tym domu i nie uwierzysz! Mają tam krokodyla! Chciałem go wziąć na spacer, a wtedy jakiś stary dziad wyskoczył na mnie ze zmiotką i zaczął czesać po głowie. Muszę przyznać, że moje włosy wyglądają lepiej, ale mam sińca na czole... - chłopak przerwał i zmierzył mnie wzrokiem. - Jak, to jest, że ty idziesz szukać dyrektora i wracasz z laską, a mnie jakiś stary dziad odgania od krokodylka?
- Z laski będziesz musiał korzystać jak złamię ci kręgosłup - warknęłam.
- A ze złamanym kręgosłupem będę mógł zabrać krokodylka na spacer? - spytał z wielką nadzieją w głosie. W sumie wyglądali oni dojść podobnie...
- Jesteście braćmi? - spytałam, zerkając na chłopaka stojącego obok mnie z grobową miną.
- Niestety - odburknął pod nosem.
- Słyszałem to! Jestem Nakatsu - zwrócił się do mnie z szerokim uśmiechem i podał dłoń. Ścisnęłam ją i spojrzałam pytająco na brata, stojącego po mojej prawej. Nadal mi się nie przedstawił.
- Sano - wydukał.
Postanowiłam go dłużej nie męczyć i odprowadzić do domu Izydy. Nakatsu wybrał się z nami, a potem obiecał wrócić ze mną. Myślę, że od razu znajdą wspólny język z Alfiem. Cóż, lepszy taki idiota niż jakiś ponurak z wielkim ego. Po drodze dowiedziałam się od bardziej rozmownego brata, że urodzili się w Japonii, ale później przyjechali do Niemiec, aż w końcu wylądowali w szkole z internatem. Jak jakiegoś obleje, to nie będę mogła zwalić na amerykańskie pochodzenie. Trudno, wymyśli się, co innego. Odprowadziliśmy Sano, który całą drogę milczał i oddaliśmy pod opiekę tamtejszego opiekuna. Chłopak podziękował i zniknął za drzwiami, a jego brat dalej nawijał i skakał. W połowie drogi zaczął śpiewać jakąś wojskową piosenkę i maszerować, wysoko unosząc nogi. Po chwili nakłaniania dołączyłam się do zabawy i w tak pięknym stylu dotarliśmy do Anubisa. Tam już pod swoje skrzydła wzięła go Trudy, która od razu wytarmosiła mu włosy. Dowiedziałam się także, że powstał nowy pokój na strychu na dwie osoby. Zmyłam się z holu chcąc uniknąć pytać gospodyni, co ja robię o tej porze w domu. Schowałam się w swoim pokoju. Nie było mi jednak dane długo siedzieć samą, bo zaraz do środka wpadł Nakatsu z dwoma talerzami frytek, jakąś grą i szerokim uśmiechem. Spojrzałam na chłopaka z politowaniem, ale w końcu udało mu się mnie przekupić ładnie pachnącym jedzeniem.

Moje poszukiwania Alfiego, zaprowadziły mnie do jego pokoju. Nie uszło moje uwadze wczorajsze zniknięcie członków Sibuny po kolacji. Lewis był moim łącznikiem między klubem. Wystarczyło, że się go zapytałam, a on wszystko mi mówił. Nie koniecznie miałam wyrzuty, że go wykorzystuje do swoich celów. Zapukałam do drzwi i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka. Łóżku chłopaka było puste za to Jerome wylegiwał się na swoim z książką w ręku. Oderwał od niej wzrok i spojrzał pytająco na mnie.
- Nie udawaj, że umiesz czytać - powiedziałam, próbując dostrzec tytuł, ale z marnym skutkiem. - Wiesz gdzie jest Alfie?
- Nie, a sprawdzałaś w zamrażarce?
- Tak.
- A lodówce?
- Też.
- Hmm a pod dywanem?
- Patrzyłam nawet w muszli klozetowej.
- To może śmietnik?  - podsunął pomysł.
- Tam jeszcze nie sprawdzałam - przyznałam i uśmiechnęłam się do Clarka. - A co tam u ciebie, Jerome?
- Odwracasz się, otwierasz drzwi, wychodzisz i zamykasz za sobą drzwi - powiedział ze złośliwym uśmiechem.
- I znowu jestem dla mnie wredny! Co ja ci człowieku zrobiłam!? - darłam się na niego, choć nie na poważnie. Lubiłam się z nim przekomarzać. To tak jak z Eddiem... Cholera!
- Ja wredny dla Trixie? Nie ma takiej opcji. A tak w ogóle gdzieś ty znalazła naszego nowego domownika? - spytał ze śmiechem. Nakatsu dał się poznać przy obiedzie z dobrej strony. Zabrali z Alfiem swoje talerze i poszli jeść pod stół z dywanem. Po chwili Fabian poszedł w ich ślady i przytargał pod stół drzwi.
- Od biedy może być - stwierdziłam, choć tak naprawdę bardzo go polubiłam. Był wesoły i zwariowany jak Alfie. Nie dało się nudzić w jego towarzystwie.
- Nie chce cie wypraszać, ale ja się tu edukuje, czytając inteligentne książki.
- Pornosy?
- Nie! O sposobach czesania włosów - powiedział dumnie, pokazując mi okładkę książki. Jakiś koleś stał w ogrodzie i czesał włosy grabiami.
Postanowiłam nie przeszkadzać mu w dalszej edukacji i wyszłam z pokoju. Zrobiłam kilka kroków i znalazłam się w kuchni. W sumie, to nie sprawiedliwe, że oni mają tak blisko. Weszłam do środka i otworzyłam szafkę ze śmietnikiem w środku. Nie było tam jednak ani śladu chłopaka. Chciałam już udać się do pralni zobaczyć, czy aby nie siedzi w pralce, ale z piekarnika dobył się jakiś jęk. Drgnęłam nerwowo i spojrzałam na nią nie pewnie. Wyjęłam tasak z szuflady obok i podeszłam powoli do drzwiczek. Uchyliłam je, a moim oczom ukazał się zwinięty Alfie. Z cichym westchnieniem opuściłam broń.
- Co ty wyprawiasz?
- No, a co można robić w piekarniku?! - spytał  i spojrzał na mnie jak na największego idiotę. - Marynuję się w przyprawach.
- Co? - Przyznam, że się trochę zdziwiłam, ale przecież nie codziennie spotyka się chłopaka w piekarniku leżącego w przyprawach.
- Willow, powiedziała, że czuję się zniesmaczona moim towarzystwem, więc pomyślałem, że jak polerze w przyprawach, to się zesmacze.
- Jej chyba nie o to chodziło.
- Jak to, nie! Polałem się nawet olejem pełnoziarnistym!
Do kuchnio wszedł Eddie ze słuchawkami na uszach. Sięgnął do lodówki i wyjął mleko. Kiedy w końcu nas zauważył, stał przez chwile zerkając, to na mnie, to na Alfiego. Powoli wyjął słuchawki.
- A ty uważasz, że to ja jestem głupi - skomentował blondyn.
- Bo jesteś. Alfie, przynajmniej polał się olejem pełnoziarnistym. Ty byś pewnie użył tego zwykłego.
- Zacznijmy od tego, że ja bym w ogóle nie wlazł do piekarnika.
- Uwierz mi, że gdybym goniła cie z nożem po kuchni, to nie pogardziłbyś nawet taką kryjówką.
- Czyżbyś miała, to w planach? - spytał, zerkając na tasak w mojej dłoni.
- Cóż, nie można odrzucić takiej możliwości.
- Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym spalił się w piekarniku, prawda?
- No coś ty! Dodałabym jeszcze rozmarynu, żeby nie śmierdziało spalenizną w kuchni.
- Czuję się zapomniany... - wtrącił cichy głos, Alfiego.
- Ty siedź cicho i się piecz - zwróciłam się do niego.
Przeniosłam wzrok z powrotem na Eddiego, których korzystając z mojej nie uwagi, przysnął się do mnie. Stał na przeciwko i próbował zabrać tasak. Chwyciłam go mocniej i schowałam za plecy. Chłopak objął mnie w pasie, próbując dosięgnąć moją zabawkę. Cwaniak, chciał mnie zdezorientować buziakiem w czoło, ale nie dałam się. Położyłam jedną rękę na jego torsie i próbowałam odepchnąć. Droczyliśmy się tak ze sobą kilka dobrych minut. Naszą zabawę przerwał nam dopiero Victor, który zapewne przyszedł nas ochrzanić za głośne zachowanie. Stanął w progu zmieszany i zdziwiony. Spojrzał na Alfiego, później na mnie, aż w końcu zatrzymał wzrok na tasaku który ciągle trzymałam w dłoni. Uniósł pytająco jedną brew i zrobił krok do tyłu.
- No co? - odezwałam się pierwsza. - Robię kolacje.
- Ah radzę ci dodać sok z cytryny. Wtedy będzie lepszy smak - doradził mi Victor, bardzo zadowolony z mojej kolacji. - A przyniesiesz mi trochę? - spytał z nadzieją.
- Jasne! Wybiorę dla pana najsurowszy kawałek - zapewniłam.
Uradowany Victor wyszedł z kuchni. Spojrzałam na Eddiego z zadowoleniem.
- Mówiłam, że trzeba coś dodać.
- Chętnie ciebie bym wrzucił do piekarnika - powiedział z uśmiechem, zadowolony z pomysłu.
- Zostawiłbyś mnie tam samą? - spytałam śmiertelnie poważnie.
- Ciebie? Wepchałbym się tam z tobą choćby nie wiem co i siedział całe swoje życie.
- Nawet w przyprawach?
- Oczywiście. Dla ciebie, to polałbym się nawet olejem pełnoziarnistym.
- Jakie, to romantyczne - zaświergotał Alfie z piekarnika. - Czuję się taki zapomniany...
Momentalnie odsunęliśmy się od siebie. Nawet nie wiem jak, to się stało, że dzieliło nas tylko kilka centymetrów. Eddie przeszedł na drugą stronę kuchni, kiedy do domu weszła Anna. Poczułam coś, ale nie wiem, co to było. Chciałam się tego jednak jak najszybciej pozbyć. Było, to paskudne uczucie. Dziewczyna weszła rozpromieniona do kuchni i przytuliła się na powitanie z Eddim. Porozmawiałyśmy chwile, choć myślałam tylko o ulotnieniu się z tond. Nie mogłam znieść tej jej doskonałości. Idealnie do niego pasowała.
- Dobra, zostawię was i pójdę powiadomić Willow, że znalazłam Alfiego. - Pożegnałam się z czarnowłosą i wyszłam powolnym krokiem z kuchni.
Weszłam do pokoju i walnęłam się na łóżko. Joy, tylko spojrzała na mnie przelotnie i wróciła do czytania książki. Kara siedziała na łóżku, machając w powietrzu nogami. Z licznych zadrapań leciała krew, spływając stróżkami na białą pościel. Jej pusty wzrok był skierowany na sufit. Zerwałam się z łóżka i wyszłam z pokoju, nie zamykając drzwi. Postałam chwile na korytarzu i zajrzałam z powrotem. Tatiana cała i zdrowa pisałaś coś na komputerze. Moje urojenia niszczyły mi psychikę, ale nie mogłam ich powstrzymać. Lavrei opierał się o przeciwną ścianę na korytarzu i zerkał na mnie z zaciekawieniem. Zamknęłam drzwi od pokoju i zeszłam na dół. W salonie na kanapie siedział Eddie ze Anną. Oglądali jakiś film w telewizji i śmiali się, co chwile. Rzygałam tym widokiem. Minęłam ich szybko i poszłam do kuchni po wodę. Piłam ją powoli, zerkając za blatu na tą dwójkę. Odstawiłam szklankę do zlewu i kiedy chciałam już wychodzić przede mną stanęła czarnowłosa. Wyszłyśmy przed dom porozmawiać. Słońce chowało się powoli za horyzontem.
- O czym chcesz gadać? - zacząłem od razu, nie mając ochoty stać tu z nią.
- Chce wiedzieć, czy nie jesteś zła na mnie. Wiesz... za to, że jestem z Eddiem - mówiła, patrząc mi prosto w oczy.
- On mnie nie interesuje.
- Daj spokój. Często o tobie mówi i widzę jak zerka, co chwile. Wiem, że...
- Posłuchaj - przerwałam jej szybko. Bałam się tej rozmowy. - Cieszę się, że jesteście razem. Zasługujesz na niego i nie, nie mam nic przeciwko waszemu związkowi.
- Dzięki.
Uściskała mnie, a jej czarne włosy zasłoniły mi na chwile cały świat. Widziałam po jej iskrzących, zielonych oczach, że jest szczęśliwa. Zniknęła za drzwiami domu. Zostałam na dworze z wiatrem wiejącym z każdej strony. Czułam się paskudnie, a przecież mam, to co chciałam. Miał znaleźć sobie dziewczynę i to zrobił. Jest z nią szczęśliwy, a nie ze mną...
- I jak się czujesz? - spytał Lavrei z małym uśmiechem zwycięstwa na ustach.
- Wiedziałeś, że tak się, to skończy.
- Wiedziałem. I co? Jesteś zadowolona?
- Tak... Tylko mam ochotę wyrzygać serce - wyznałam cicho. Nie wiedziałam, co to za uczucie, ale chciałam, żeby zniknęło na zawsze.



----------------------------------------------------------------------------------
Pierwsza sprawa: Podróż małej Patt, czyli z grobowca Frobishera do Anubisa, której nie opisałam jest w pierwszym rozdziale mojego opowiadania. Jakby ktoś chciał sobie przypomnieć, to zapraszam.
Druga sprawa: Trochę się wyjaśniło i starałam się, żeby wyszło to zrozumiale. Nie zdziwię się jednak jeżeli ktoś się pogubił w historii. Więc jeśli macie jakieś pytania, to śmiało pytać. Z chęcią odpowiem.
Trzecia sprawa: No i są nowe postacie. Bracia Hitori, których możecie już zobaczyć w zakładce z bohaterami.
Dziękuje za wszystkie poprzednie komentarze i mam nadzieję, że ten rozdział choć trochę wam się podobał.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział 28

- Victor, używa twojego szamponu! - darł się Alfie, leżąc na ziemi z dywanem. Jerome uratował się, odsuwając szybko od drzwi. Biedny chłopak trafił w próżnie.
- Ale ja swoją Schaume wziąłem ze sobą. Wszędzie ją zabieram.
- Więc... to była Fabiana?
- M...Moja? - brunet pojawił się w holu ze łzami w oczach. Opadł z hukiem na podłogę i schował twarz w dłoniach. - Moja Schauma! Jak mogłeś, to zrobić, Victorze! Będzie miała traumę na całe życie!
Alfie przytargał do niego dywan i usiadł obok po turecku. Ze smutną miną, klepał Ruttera po plecach.
- Czułem się podobnie, kiedy odebrano mi Fione - pocieszał go. - Proszę, możesz się przytulić.
Podsunął mu pod nos dywan. Fabian rzucił się na ,,psa" i zamknął w objęciach. Wtulił w niego twarz i zaczął głośno szlochać. Eddie zaczął się śmiać, więc dostał ode mnie z łokcia. ,,To poważna sprawa, więc zachowaj trochę powagi" - szepnęłam do niego i zgromiłam wzrokiem. Twarz Alfiego rozpogodziła się. Zerwał się na nogi i podbiegł w podskokach do Jeroma. Szepnął mu coś na ucho. Clark wyszczerzył się i udał za chłopakiem na górę, po schodach. Podczas, gdy Fabian wypłakiwał się w dywan, a Victor przepraszał go i tłumaczył swoje zachowanie rozdwojonymi końcówkami, Alfie i Jerome znieśli ze schodów drzwi. Tak, drzwi z gabinetu dozorcy. Lewis znosił je na plecach. Szczęśliwy postawił przed Fabianem.
- Możesz obsmarkać, Sir Fredriga Victora Rodenmara Juniora - oznajmił zadowolony Lewis. - Fione mi oddaj. Jest moja!
Wyrwał chłopakowi psa, a Fabian nie mając już czego obejmować rzucił się na drzwi. Alfie je puścił i poleciały na bruneta, przygniatając go do podłogi. Mu to jednak wcale nie przeszkadzało. Oplótł rękoma i nogami drzwi i szlochał w klamkę.
- To moje drzwi! - wrzeszczał Victor, siłując się z chłopakiem. - Oddaj je! - Chłopak nie chciał odpuścić i zerwał się na nogi. Narzucił na plecy drzwi i wybiegł na dwór uciekając przed dozorcą.
- Uuu Victor jest zazdrosny - wtrącił Jerome.
Dopiero teraz wszyscy sobie o nim przypomnieli. Joy przytuliła go tylko i odeszła na górę. Chciałam do niej iść, ale nie mogłam się ruszyć. W końcu chłopak wszedł do salonu. Przywitał się z Eddim, uściskiem dłoni, a mnie pocałował w policzek. Blondyn nie był zadowolony i mocniej mnie objął. Miałam wrażenie jakby cały dom mógł usłyszeć moje pęknięte żebra. Ból przeszył mnie i nie wiele myśląc, pchnęłam Eddiego z całej siły. Chłopak spadł z impetem z kanapy i wylądował na ziemi. Spojrzał na mnie zdziwiony, Jerome siedzący na fotelu ryknął śmiechem.
- Wiedzę, że jesteś w formie, Trixie - śmiał się.
- Za co to było?! - spytał chłopak, rozmasowując plecy.
- No... Mrówka po tobie chodziła.
- Mrówka? - spytał ogłupiały.
- No wiesz, takie zwierzątko z oczami i kończynami - wytłumaczyłam.
- Tak. Wiem jak wygląda mrówka - warknął, gramoląc się na nogi.
- Ja bym tam wątpił - wtrącił swoje, Jerome.
- To jest nas dwóch, Jerome - dopowiedziała z uśmiechem. Eh jak dobrze jest mieć go z powrotem.
- To ja wam nie przeszkadzam - powiedział urażony blondyn i wyszedł z domu, narzucając przed tym skórzaną kurtkę.
- Walnął focha. - Zrobiło mi się trochę źle. No, ale przecież nie mówiłam tego na serio.
- A on co taki wyczulony się zrobił? - spytał mnie Jerome.
- Nie wiem.
Nie miałam ochoty na rozmowę. Jerome, to wyczuł i usiadł obok na kanapie, zgarniając po drodze pilot. Ucałował mnie w policzek i włączył telewizor. Ktoś stojący z boku mógłby nas uznać za parę.
- Czy ja dobrze słyszałem, że Stefani Victor Rodenmar została perfidnie zrzucona z Eddiem na podłogę?! - krzyknął ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, Alfie. Wpadł do salonu omal nie zabijając się o świeczkę Willow, leżąco prawie na środku pokoju. Ponoć odganiała złe duchy.
- Spokojnie, Eddiemu nic nie jest - wytłumaczył Clark.
- Co mnie Eddie obchodzi!? Ja się o mrówkę martwię! Co ona ci takiego złego zrobiła, Trixie!? - lamentował.
- Zabiera mi powietrze do oddychania.
- Ale ona ma małe płuca!
- Skąd wiesz jakiej wielkości mrówka ma płuca? - spytałam zaciekawiona.
- No wiesz... Zdiagnozowałem u Stefani gorączkę. Miała również drgawki i piane jej z ust leciała. Więc pomyślałem, że jak ją rozetnę na pół, to ta gorączka wyleci z niej.
- A nie pomyślałeś, że ona może mieć wściekliznę? - odezwał się Jerome. Pogładził się po brodzie, intensywnie nad czymś myśląc.
- Mrówka chyba nie może mieć wścieklizny - wtrąciłam.
- Powtórz, to jak przyjdzie do ciebie w nocy i pożre w całości ciebie i cały dom.
- Mrówka? - upewniłam się.
- No a jak! - krzyknął Alfie. - Ja raz widziałem jak wszamała wszystkie liście na drzewie. Sięgadła głową i skubała... A może to była żyrafa?... Zresztą jaka to różnica. Na szczęście mam jeszcze brata Stefani, Horacego Victora Rodenmara - oznajmił z dumą i uniósł wysoko głowę.
- Victorowi, raczej nie spodobają się te imiona - powiedziałam.
- Czyli nie mam co liczyć, że przyjdzie na ślub Horacego? - spytał smutnie.
- Racze nie.
Spojrzeliśmy po sobie z Jeromem, a później na kanapę, na której siedzieliśmy. Skoro tak naprawdę nie zabiliśmy Stefni, to znaczy, że ona ciągle tam jest. Clark zerwał się na równe nogi, ciągnąc mnie za rękę. Nie miałam siły utrzymać się na nogach i poleciałam prosto na chłopaka. Na szczęście, albo i nie, Clark mnie złapał. Objął w pasie i przytrzymał. Poczułam jak napiął mięśnie ramion i torsu.
- Uuu wiedzę, że na pocałunku się nie skończyło. - Alfie walnął uśmiech na pół gęby i w podskokach udał się na górę, zapewne do Willow. Na korytarzu minął Eddiego, który stał i przyglądał się nam. Jego twarz nie wyrażała kompletnie nic. Stał tylko i patrzył się na nas. Odepchnęłam Jeroma. Zachwiałam się, ale udało mi się ustać.
- Źle stanęłam i coś z nogą no i jakoś tak... - chciałam się jakoś wytłumaczyć, ale przerwałam. Niby czemu mam się tłumaczyć? Co to niby ma być! - Nie muszę ci się tłumaczyć!
Eddie nic nie mówiąc poszedł do pokoju. Byłam pewna, że usłyszę zaraz głośny huk drzwi, ale nic takiego nie nastąpiło. Do domu weszła Kara. Każdy jej krok pozostawiał za sobą brudne ślady błota na wypolerowanej przez Trudy podłodze. Przechodząc przez hol, zimne powietrze wbiło się w moją odsłoniętą skórę jak małe igiełki. Jutrzejszy dzień zapowiadał się mroźny i ponury. Warknęłam do Tatiany, żeby zamknęła drzwi i nie wpuszczała chłodu do domu. Pomimo bólu, dokuśtykałam do pokoju Eddiego. Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Próbowałam postawić się w jego sytuacji i na nie moją korzyść doszłam do wniosku, że zabiłabym go. Przecież to zdrada... Cholera, zdradziłam Eddiego. Nie specjalnie, ale ja bym mu tego nie wybaczyła, więc jak mogę oczekiwać tego od niego? Postanowiłam porozmawiać z nim jutro. Musiałam się zastanowić, co mam mu powiedzieć. Odsunęłam się od drzwi, których Alfie jeszcze nie zajebał i poszłam w kierunku swojego pokoju. Minęłam Kare, która siłowała się ze zdjęciem zabłoconych butów. Dziewczyna, nawet na mnie nie spojrzała, ale i tak widziałam, że nie jest w dobrym nastroju. Nie, żeby mnie, to jakoś szczególnie interesowała, ale postanowiłam się zapytać o co chodzi.
- Kara? - zagadnęłam, a dziewczyna schyliła bardziej głowę. Jej burza kręconych włosów, opadła na twarz. Jedną ręką intensywnie miętoliła jeansową kamizelkę z kieszonkami na piersi. - Ej wszystko w porządku?
Tatiana drgnęła i raptownie wyciągnęła w moim kierunku dłonie. Złapała mnie za rękę i pociągnęła na zewnątrz. Zamknęła za nami drzwi. Stałyśmy przed domem, a żadna z nas nie chciała się odezwać. Dziewczyna dygotała z zima, ale nie tylko ona. Mnie również obejmował w swoje objęcia mróz i chłodny wiatr. Czekałam cierpliwie, nie chcąc jej pośpieszać. Zauważyłam, jak lekko rozchyla usta i bierze cichy chłyst powietrza. Nie spodziewałam się, że zaraz tak wybuchnie.
- To mnie wykończy! - jęknęła, zachrypniętym głosem. - Widziałam jak nas zabijasz... Mnie zabijasz. Podchodzisz do mnie i podkładasz mi nóż pod gardło. Moja krew była taka ciepła... - przerwała, łapiąc zachłannie powietrze. - To nie był sen. To się stanie, albo już stało. Widziałam ciebie, jak idziesz z moją krwią do lasu.
Zdrętwiałam. Miałam wrażenie jakby panujący wokół nas mrok stał się jeszcze bardziej gęściejszy, a zimno wbiło się we mnie. Prosto do serca. Nie mogłam jednak dać tego po sobie poznać, to by było jak przyznanie się. Podeszłam do dziewczyny i złapałam za ramiona, potrząsając lekko.
- Kara, to sen. Ja też czasem mam różne koszmary, ale przecież nie biorę tego na serio - próbowałam jej wytłumaczyć, chodź sama myślałam tylko o schowaniu się pod kołdrą w moim łóżku. - To tylko sen - powtórzyłam.
- Nie! Alfie też je miał! Ty tego nie rozumiesz. Jak tylko zamknę oczy, widzę te koszmary i nie mogę nic na to poradzić. Chciałam, to ignorować, ale nie potrafię - wyszeptała ostatnie zdanie, kładąc głowę na moim ramieniu. Czułam, jak po mojej skórze spływając powoli jej łzy. Wcale nie pomagał fakt, że to wszystko moja wina. Oni cierpieli przeze mnie. - Patt, ja się boję.
- Jesteś Zgubą Anubisa. Pewnie Henot chce cie wystraszyć - próbowałam wybrnąć z tej sytuacji. - Komu jeszcze powiedziałaś?
- Alfie też ma te sny i ostatnio Joy też się skarżyła na jakieś koszmary.
Pokiwałam głową. To był po prostu szantaż. Jeżeli nie pójdę do Henota, on ich wszystkich wykończy. Co z tego, że nie może im zrobić krzywdy fizycznej, jak zniszczy ich psychicznie? Ale Joy... Ona nawet nie jest w Sibunie, do cholery! Dlaczego własnie ona?! Nie może cierpieć... Tatiana odsunęła się powoli ode mnie i zaczerwienionymi oczami spojrzała na mnie.
- Mówię ci to, ponieważ nie wieże żebyś świadomie tknęła kogokolwiek z nas - powiedziała pewnie. - Brałam pod uwagę opętanie, czy inne takie rzeczy, więc chciałam cie po prostu ostrzec. Chodź może masz rację i to tylko koszmary, żebyśmy przestali sobie na wzajem ufać - dodała po chwili i uśmiechnęła się. - Posłuchaj, wiem że ostatnio zachowuję się dojść... paskudnie.
- Delikatnie powiedziane - wtrąciłam.
- Wiem, ale spróbuj mnie zrozumieć. Patt, ja się boję. Chce założyć w przyszłości rodzinę i mieć dzieci. Ja mam plany, a nie wiem nawet, czy dożyję kolejnego dnia.
- Ale, co to ma do bycia jędzą? - spytałam, zaciekawiona dokąd zmierza ta rozmowa.
- Pomyślałam, że jestem za słaba. Chciałam stać się taka jak ty i walczyć z nim. Skończyło się na tym, że otoczyłam się ludźmi, którzy mnie nienawidzą - zaśmiała się gorzko, odwracając ode mnie wzrok.
- Kara, to naprawdę głupi pomysł. Uwierz mi, że upodabniając się do mnie będziesz nieszczęśliwa. - Dziewczyna nadal stała, patrząc się w las. Nie wiedziałam, co mam jej jeszcze powiedzieć. Pomimo, że obie się trzęsłyśmy z zimna, żadna z nas nie chciała się ruszyć. - Polubiłam tamtą KT i chce żeby ona wróciła - odezwałam się po chwili. Szatyna podniosła na mnie wzrok. - Ale teraz już wracajmy, bo robi się coraz zimniej.
Weszłam pierwsza do Anubisa. Słyszałam jak za mną drepcze KT. Wchodząc po schodach, usłyszałam dźwięk bitego szkła dochodzący z pokoju Fabiana i Eddiego. Przyśpieszyłam, by jak najszybciej znaleźć się w pokoju. Tej nocy nie zabrzmiała szpilka, chodź Victor siedział w swoim gabinecie.

Nie mogłam tak wiecznie stać, oparta o drzwi, dlatego weszłam w końcu do pokoju. Usiadłam na łóżku Fabian, który zamknął się wczoraj w piwnicy z drzwiami i do teraz nie wyszedł. Blondyn leżał na łóżku z słuchawkami w uszach i nie odrywał wzorku od sufitu. Siedziałam tak kilka minut, bawiąc się skrawkiem bordowej koszulki. Zegar nad drzwiami zaskrzypiał cicho, oznajmiając godzinę jedenastą. Zaczynało mnie, to męczyć. Wstałam i przesiadłam się na łóżko Eddiego. Chciałam zdjąć mu z uszu słuchawki, ale on chwycił mnie za nadgarstki. Zaczęłam się z nim droczyć. Musnęłam delikatnie jego policzek. Odsunął głowę, ale nie dałam za wygraną. Przygryzłam jego dolną wargę i wpiłam się mocniej w usta. Blondyn przysnął do siebie moje moje nadgarstki i nie używając prawie w ogóle siły, przyciągnął do siebie. Wylądowałam na nim, a moje ciemne włosy opadły na jego policzek. Oddał mój pocałunek, po czym zepchnął mnie i wstał. Nie wyjmując czarnych słuchawek z uszów, wyszedł z pokoju. Pobiegłam za nim i chwyciłam go za rękaw bluzy.  - Co jest? - spytałam, odwracając go w swoją stronę.
- Wystarczyło jedno spojrzenie jakieś dziewczyny, żebyś dostawał szału, ale ty mnie zdradzasz i jest wszystko dobrze?!
- To nie tak...
- Przestań - przerwał mi. Jednym krokiem pokonał dzielącą nas odległość i pocałował mnie. Chciałam zapamiętać smak jego ust, bo wiedziała, że to ostatni raz. - Gaduło, kocham cie, ale nie będziemy razem.
Puściłam, ściskający z całej siły skrawek jego bluzy. Pokiwałam twierdząco głową i pozwoliłam mu odwrócić się ode mnie i odejść. Na zawsze. Patrzyłam jak otwiera drzwi i wychodzi, ani razu się nie odwracając. Czyjeś westchnienie, wybudziło mnie z melancholii. Spojrzałam w prawo, na wychylającą się z piwnicy głowę Fabiana.
- Tylko wybierz mu kogoś dobrego - zwróciłam się do niego i nie czekając na odpowiedź poszłam do swojego pokoju. Zamknęłam się nim, jak w swoim kloszu. Opatulona kołdrą, czułam jakbym mogła tam spędzić całą wieczność.

Nie mogę za wiele napisać, bo nie wiem w czyje ręce może wpaść ten list. Obiecałam mu, że się nie poddam, więc zostaw wszystko za sobą i idź naprzód. Jego śmierć przywróci ci wszystkie wspomnienia, ale to zbyt wysoko cena. Uważa, że jakiś król z innego świata ma plany, co do naszej osoby. Mam nadzieję, że odczytujesz ten list jeszcze przed tym, co musi nadejść. Zostałaś sama na tym boju i nie możesz oczekiwać pomocy. Masz swoją drogę i zrób to, co uważasz za słuszne. Więcej, nie mogę ci przekazać z powyższego powodu. Jeżeli naprawdę chcesz odzyskać pamięć, to zwróć się do Strażnika. Przyjdzie, jeżeli naprawdę będziesz tego chciała.
Patricia Williamson 

Odczytałam kolejny i ostatni raz. List, który wysłałam do samej siebie, kilka lat temu. Zawiodłam się. Liczyłam na jasne wskazówki, wytłumaczenie tej całej sytuacji, ale jak widać już wtedy byłam głupia. Złożyłam kopertę i wrzuciłam ją do pieca w piwnicy. Ogień od razu rzucił się na kawałek papieru i pochłonął w całości już po kilku minutach. Przypomniał mi o Alfiem.  Było już dawno po kolacji, na której nawet mnie nie było. Sama myśl o jedzeniu przyprawiała mnie o mdłości. Fabian, przywiązał za klamkę, drzwi do nogi stołu i poszedł wyspać się w swoim pokoju. Minęłam je i wyszłam z piwnicy. Cicho zamknęłam drzwi, chodź Victor jeszcze nie wrócił od dyrektora. Wolnym krokiem podeszłam do okna z widokiem na piaszczystą ścieżkę, prowadzącą do Anubisa. Pojedyncze krople deszczu uderzały o parapet, a ich dźwięk przynosił mi ukojenie. Przyłożyłam rękę do zimnej szyby. Noc zawsze jest piękna. Lavrei pojawił się obok, chodź wiedziałam, że był przy mnie cały ten czas. Zaglądał mi przez ramię, kiedy czytałam list.
- To jak Strażniku? Pomożesz mi? - zwróciłam się do niego, szeptem.
- Bardzo tego chcesz, a więc jestem tu, gotowy aby pokazać ci twój własny koszmar.
Pokiwałam głową i znowu spojrzałam na osobę opartą o mur. Deszcz w ogóle mu nie przeszkadzał. Z blond włosów ciekły stróżki deszczu. Nie wiedziałam tego z tej odległości, ale byłam tego pewna. Tak bardzo chciałam być teraz przy nim... Ale wybrałam. Nie chce mieszać innych, więc zostałam sama na tym boju. Nie poddam się.
- Jesteś tego pewna? - spytał mężczyzna. - Jeżeli już się wmieszasz, to wszystko runie jak domino.
- To wcześniej, czy później runie. Ja mam tylko nadzieję, że ominę dzięki temu przyszłe szkody.
- Nawet jeżeli czeka cie śmierć, na końcu tej drogi?
- Byle to była tylko moja śmierć.
Zabrałam dłoń z szyby i ostatni raz spojrzałam na Eddiego. ,,Nie kocham go" - powtarzałam sobie. Miałam zamiar, to robić dopóki sama w to nie uwierzę. On zasługuje na lepszą dziewczynę, która oddałaby za niego życie. Nawet jeżeli coś do niego czuję, to już się nie liczy. Oblizałam usta, pragnąc jeszcze raz poczuć smak jego ust, ale było za późno.
Nie kocham go.
Nie kocham go.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Rozdział 27

Drzwi jak zawsze cicho zaskrzypiały, chociaż starałam się otwierać powoli i ostrożnie. W budynku było cicho. Ta wizyta różniła się od poprzednich. Bez burzy za oknem i deszczu uderzającego o parapet było o niebo lepiej. Ruszyłam się w kierunku gabinetu. Nawet w ciemności dokładnie znałam drogę. Minęłam gabinet z akwarium. Małe, delikatne światełko oświetlało rybki. Z tej odległości i tak ich nie wiedziałam. Lavrei za to bardzo zaciekawił pływające stworzonka. Czasami zapomniałam, że on nie jest z tych czasów. Szczególnie teraz. Jedyna osoba, która wiedziała, co się dzieje i była po mojej stronie. Minęłam jeszcze kilka gabinetów i rząd szafek. Droga jeszcze nigdy mi się tak nie dłużyła. W końcu doszłam i zaczęłam szukać po omacku zamka. Kiedy go wymacałam, włożyłam klucz i przekręciłam. Zardzewiały zamek, szybko ustąpił i wślizgnęłam się do środka. Przez duże okno, wpadało wystarczająco światła, abym nie zabiła się o jakiś mebel. Tak, dopiero teraz wypominałam sobie, że nie pomyślałam o żadnej latarce, chodź chyba Baltazar wszystkie wyrzucił. Mniejsza z tym. Rozglądnęłam się po gabinecie, nie wiedząc od czego zacząć. Gdybym chociaż wiedziała, czego szukam. Lavrei dopadł małe okrągłe akwarium z małą niebieską rybką w środku. Włożył do wody plec i robił wir. Biedne ziewrzątko schowało się w maleńkim zamku, otoczonym jakimś zielskiem.
- Nie włamaliśmy się do szkoły, żeby malteretować rybki - zwróciłam mu uwagę, a on tylko szeżej się uśmiechnął.
- Kup sobie takie do pokoju. Nie będę się nudził, kiedy śpisz.
- No chyba cie porypało człowieku. Przestań się znęcać nad rybą i mi pomóż.
- A spytasz się dyrektora jak ma na imię?
- Nie no jasne! Zaraz do niego zadzwonie i powiem mu, że włamałam mu się do jego gabinetu w szkole, a mój kolega się pyta jak ma na imię jego rybka!
- O świetnie, to dzwoń - ucieszył się.
- Nie masz pojęcia, co to jest sarkazm, prawda? - Pokiwałam z politowaniem głową. Dobra, trzeba się ogarnąć. - Szukamy - zarządziłam.
Minęłam tablcie na rzutki i dopadłam komody. W srebnej ramce widzniało zdjęcie pana Sweeta i Eddiego. Wyglądali na szczęsliwch. Przecież nie mogłambym tego popsuć. Nie mogę iść i powidzieć mu, że jego ojciec znowu jest w coś wmieszany. Zresztą, nawet nie byłam tego pewna. Otwrzyłam pierwszą szufladę. Pilnowłam, żeby odłożyć wszystko na swoje miejsce.
Przekopałam już z połowe gabinetu i wszędzie tylko jakieś dokumenty. Zajrzałam do małej szuflady w biórku . Jak zwykle kilka długopisów. Ludzie, one były wszędzie. Czy on się na apokalipse długopisową szykuje? Szybko przeleciałam tylko wzrokim jakieś zapiski. Lista zakupów... fuj gorszek! Jakieś liczby i układy. Na końcu, zagrzebany w papierach jakiś list. Po ciemnku nie widziałam adresata. Wygrzebałam kopertę i podeszłam z nią do okna. List był zaadresowany do... Patrici Williamson.
- To ode mnie do mnie - powiadomiłam Lavreia, który zamiast mi pomagać dalej znęcał się na rybką.
- Pewnie coś ważnego skoro przechwycił go dyrektor szkoły.
- Chyba tak, ale nie przypominam sobie, żebym wysyłała samej sobie list.
- Może wysłałaś go przed utratą pamięci.
 - I teraz by doszedł?
- Może schowała go gdzieś, a dyrektor znalazł.
 Stałam przed oknem z listem w ręku. Koperta nie była otwarta, co mnie dziwiło. Obróciłam ją kilka razy. W środku była tylko kartka. Spojrzałam za okno. Zrobiło mi się ciężko na sercu. Tam mogło być rozwiązanie tego, co się dzieje. Roztaczający się blisko las był uśpiony. Bez wiatru, ani jedna gałąź się nie poruszała. Te ciemne drzewa otaczały mnie ze wszystkich stron. Co za debil wpadł na pomysł, budowania szkoły w środku lasu? Chociaż, kiedyś zawsze mi się to podobało.
- Otworzysz? - usłyszałam za plecami, cichy szept mojego towarzysza.
- Chyba tak. Nie mam wyboru.
Przejechałam palcem po otwarciu koperty. Wystarczyło pociągnąć, a papier się porwie. Tylko, że nagle zrobiło się to bardzo trudne. Może ze strachu, którego nie chciałam pokazać? Ścisnęłam mocno papier i już miałam ciągnąć, kiedy coś huknęło. Moje palce zesztywniały na kopercie. Dźwięk bitego szkła poniósł się po szkolę, a zaraz za nim głośne przekleństwo. Lavrei obdarzył mnie spokojnym spojrzeniem, ale przecież jego i tak nikt nie widzi, oprócz mnie! Stałam bez ruchu nasłuchując. Serce bilo mi w piersi tak głośno, że miałam wrażenie, jakby było je słychać w całej szkole.
- Wynośmy się - szepnął, Lavrei.
Pokiwałam twierdząco głową. Jeżeli to dyrektor, to wystarczy, że zniknę z gabinetu, on wejdzie, ja tym czasem przemknę do wyjścia. Nic trudnego. Wyszarpałam z zamka klucz i uchyliłam lekko drzwi. Spojrzałam przez szparę. Od razu ujrzałam cień osoby. Właśnie minęła sale teatralną,a  to znaczy, że zaraz wyjdzie zza zakrętu i potem tylko prosta droga do gabinetu. Prześlizgnęłam się przez drzwi, modląc się po cichu, żeby nie wydały, żadnego dźwięku. Na szczęście mnie posłuchały. Zamknęłam je i przebiegłam do pierwszego, najbliższego gabinetu. Pociągnęłam za klamkę i wpadłam do środka. Oparłam się o zamknięte drzwi i kucnęałm, próbując uspokoić oddech i przyśpieszone bicie serca. Może i to głupie, ale nawet fajnie się czułam. Adrenalina pulsowała w mojej głowie, kiedy próbowałam analizować sytuacje. Uśmiechnęłam się do samej siebie. Nigdy nie lubiłam spokojnego życia, a teraz, chodź byłam w kiepskiej sytuacji, to czułam się jak ryba w wodzie. Poza tym miałam jeszcze przy sobie Lavreia. Mężczyzna stał obok mnie i rozglądał się po sali. Poszłam za jego wzrokiem. Wielkie mapy na ścianach i atlasy na półkach. Telewizor w rogu klasy. Dudniące kroki na korytarzu wskazywały na mężczyznę, który wcale nie miał zamiaru kryć się ze swoją obecnością. Szarpnął za klamkę, a odgłos jego kroków ucichły, stłumiony przez dywan w gabinecie dyrektora. Może to faktycznie tylko Sweet, ale coś mi nie pasowało. Wstałam i podeszłam do biurka. Lavrei, nie odzywając się, wskazał mi ostry ołówek. Chciałam go wyśmiać. Nie byłam bohaterką, żadnego filmu, ani książki, aby walczyć ołówkiem. Poza tym, to nie wampir, żeby przestraszył się ostrego, drewnianego zakończenia. Tak, tak wychodzi mi teraz oglądanie filmów z Joy. Spojrzenie mężczyzny skłoniło mnie jednak do wzięcia ołówka. Najwyżej będę miała, czy, rysować w domu. Drgnęłam, słysząc dźwięk upadającej komody. To na pewno nie był Sweet. Tylko, czy ta osoba znalazła się tu przypadkiem, czy właśnie mnie szuka? Mężczyzna zbliżał się do gabinetu. Jego kroki odbijały się echem po całym korytarzu. Cień rzucony na drzwi powoli mnie minął. Wypuściłam z płuc mimowolnie wstrzymywane powietrze. Oparłam się o biurko, zamykając na chwile oczy. Wystarczyła sekunda, żeby do moich uszu dotarło ciche stuknięcie, spadającego długopisu. W tym momencie na korytarzu również zapanowała cisza. Poczułam jak oblewam się czerwienią na twarzy. Mężczyzna zawrócił i podszedł do drzwi. Spanikowana ominęłam biurko i kucnęłam za nim. Marna kryjówka, ale lepszej nie miałam. Drzwi uchyliły się. Nawet z tond mogłam dosłyszeć jego ciężki oddech. Dzięki odbiciu w szybie, mogłam dostrzec każdy jego ruch. Omiótł spojrzeniem klasę, zatrzymując swój wzrok na sporej szafie. Podszedł do niej. Postanowiłam wykorzystać tą sytuacje. Wstałam cicho i ruszyłam powoli do otwartych na roścież drzwi. Walczyłam sama ze sobą, żeby nie zacząć biec. Już prawie wyszłam, kiedy postać w szerokim kapturze pojawiła się obok mnie.
Ruszała się zadziwiająco szybko. Poczułam mocno zbudowaną dłoń na swoim ramieniu, a później tylko przeogromny ból, kiedy poleciała na biurko. Gruba warstwa drewna, złamała się pod moim ciężarem. Krzesło wylądowało na moim brzuchu. Mężczyzna zrobił, to z takim impetem i siłą, że czułam jakby, to ja pękła na pół. Sapnęłam głośno z bólu, który rozsadzał mnie od środka. Strach i adrenalina zadziałały od razu. Próbowałam wstać i kiedy już prawie stanęłam, mężczyzna walnął pięścią w mój brzuch. Siła uderzenia odrzuciła mnie do tyłu. Wpadłam na ławkę i usłyszałam dźwięk łamania kości. Ból omamił mnie kompletnie. Przestałam myśleć i zerwałam się na nogi. Cofnęłam się, podtrzymując się ławek. Postać w kapturze nie czekała na zaproszenie. Ruszyła w moim kierunku. Zaczęłam omijać ławki tak, aby znaleźć się po stronie drzwi. Kiedy był już blisko mnie, pchnęłam w niego ławką. Co prawda, ledwo ją ruszyłam, ale to wystarczyło, żeby go zdezorientować. Zebrałam w nogach całą siłę, jaka mi pozostała i wybiegłam z klasy. Słyszałam za sobą jego kroki. Nie miałam szans uciec przed nim. Biegłam za wolno, a nawet nie miałam, co liczyć, że dobiegnę do Anubisa, ale nie chciałam się po prostu poddać i dać zabić. Biegłam, a łzy lały się po mojej twarzy strumieniami. Doskonale czułam ich słony smak w ustach. Dopadłam drzwi i zaczęłam je szarpać. Ledwo je otworzyłam, ale przecisnęłam się przez małą powstałą szparę. Chłodne powietrze uderzyło we mnie z całej siły. Zaczęłam się trząść z zima i własnego, żałosnego szlochu. Na ślepo pokonałam kilka schodków. Postać zauważyłam dopiero, kiedy wpadłam wprost na nią, a jej ciepłe dłonie oplotły mnie. Kroki za mną ucichły, a ja schowałam twarz w brązowy płaszcz o miękkim materialne, który szybko wchłonął moje łzy. Nogi odmówiły mi dalszego posłuszeństwa. Nie mogąc ustać po prostu zsunęła się i opadłam na kolana. Tępy ból i głośny szloch tylko się spotęgowały. Postać szybko kucnęła obok mnie i zarzuciła na mnie swój płaszcz, po czym zamknęła w uścisku. Strach i adrenalina, czyli uczucia, które ciągle mi towarzyszyły i dzięki których biegłam, teraz mnie opuściły. Ten ciepły, ochronny uścisk zabrał mi je w jednej chwili. Podświadomie wiedziałam, że ta osoba jest moim najlepszym schronieniem.
Dopiero po chwili byłam wstanie podnieść głowę i spojrzeć w ciemne, opiekuńcze i pełnie współczucia oczy Victora. Był blady jak płótno, co doskonale wskazywało na to, że jeszcze nie wyzdrowiał. Chciałam się odezwać, ale nie miałam siły. Ból był nie do zniesienia. Poczułam na ramieniu dotyk. Wzdrygnęła się, ale już po chwili chociaż połowa bólu odeszła. Jakbym weszła do wanny z ciepłą wodą, pełnej pachnącej piany. Lavrei uśmiechnął się ze współczuciem.
- Dam radę - powiedziałam cicho, kiedy Victor chciał mnie wziąć na ręce. Jego czarne auto stojące za nami, zlewało się w tle nocy. Stękając, doszłam do drzwiczek. Victor pomógł mi wsiąść. Kiedy tylko położyłam głowę na oparci, odleciałam. Poczułam tylko lekkie szarpnięcie, kiedy ruszyliśmy, a potem sen zabrał mnie do swojego pustego świata.

Ból walnął we mnie jak piorun. Otworzyłam oczy i zobaczyłam ciemny sufit. W całym domu są białe, a to oznacza, że wylądowałam w gabinecie dozorcy. Czułam na swoim brzuchu zimną maść. Czyjaś ciepła dłoń rozmasowywała ją. Nawet nie próbowałam wstać. Przekręciłam tylko głowę w prawo. Victor zerknął na mnie i wymusił pół uśmiech.
- Masz złamane żebro, potłuczony nadgarstek i masę innych ran. Wyciągnąłem ci, to z nogi - powiedział i wskazał na około sześcio centymetrowy, drewniany szpikulec, leżący na biurku. - Na razie się nie ruszaj.
- Co to był za koleś - spytałam od razu. Musiałam wiedzieć. - Baltazar?
- Nie, nie. Na pewno nie on - zaprzeczył. - Baltazar jest stary, ale przede wszystkim nigdy nie zrobiłby nikomu krzywy. Jest dobry tylko w zastraszaniu. Zresztą miał ci pomóc...
- Wpakował w kłopoty.
- Eh wiedziałem, że ma coś wspólnego z Henotem, ale nie brałem nawet pod uwagę, że może chcieć mu pomóc. Baltazar się boi, że jeżeli nie wykona polecania, to zginie.
- Dlatego chciał busole.
- Dałem ją tobie - spojrzał na mnie oskarżycielsko. - A ty ją oddałaś.
- Dałam ją KT! Potrzebuje jej.
- Ale jak widzisz, ty również. Wiedziałam, że Henot będzie chciał się zbliżyć do ciebie, dlatego ci ją dałem. Ochroniłaby cię.
- Po prostu powiedz mi wszystko! - Nie wytrzymałam. - Od samego początku, co się tu dzieje!
- Zaraz. - Victor wstał i zamoczył w misce, całą czerwoną od mojej krwi ścierkę. - Może zacznijmy od tego, że znam cię już od małej...
- Widziałam to - przerwałam mu. - Byliśmy w piwnicy, pokazywałeś mi jakieś probówki.
- Spędzaliśmy tam całe dni - uśmiechnął się szeroko na wspomnienia, a po chwili sposępniał. Zmarszczka na jego czole pogłębiła się. - Posłuchaj mnie, Patricio. Chcesz, żeby twoja pamięć wróciła, ale pomimo dobrych wspomnień, jest tam również dużo złych. Jest w nich masa bólu i cierpienia. Nie powinnaś tego pamiętać. To może cie zmienić. Ty... znaczy tamta Patricia, chciała żebyś wiedziała, ale nie brała pod uwagę, że bez tych wspomnień będziesz bardziej szczęśliwa.
- Nie możesz takich rzeczy osądzać za mnie! - Wybuchłam. - To moja decyzja i tak, chce żeby moje wspomnienia wróciły. Myślisz, że teraz jestem szczęśliwa!?
- Uspokój się. Jest dziewiąta rano. Wszyscy w szkole. Powiedziałam Trudy, że źle się czujesz.
Normalnie jeszcze bym się pokłóciła, ale ta krótka wymiana zdań mnie zmęczyła. Nie byłam nawet w stanie przesunąć się o centymetr, żeby nie usłyszeć obijającego się żebra. Victor wyszedł na chwile, zostawiając mnie w grobowej ciszy. Przymknęłam na chwile oczy.

Utknęłam na kanapie. Dosłownie. Victor sprowadził, a bardziej zniósł mnie na dół i zostawił. Chciał uniknąć pytać, co robię w gabinecie dozorcy. Postanowiliśmy, że zachowamy dla siebie, to co się stało. Bez przeszkód się zgodziłam. Nie mogłam się ruszyć i siedziałam tylko obserwując, jak mieszkańcy Anubisa wracają ze szkoły. Opatuliłam się szczelnie długim, szarym swetrem, próbując zakryć liczne zadrapania. Trudy na obiad przyniosła mi zupy, ale nie mogłam jej przełknąć. Lavrei siedział obok mnie i ględził mi coś o rybkach. Zaczynałam go mieć dojść. Kanapa obok mnie ugięła się. Eddie usiadł obok i walnął ten zadziorny uśmiech.
- Co powiesz na randkę? - spytał po chwili.
- Wiesz, może nie dzisiaj.
Blondyn westchnął, ale nie zrezygnował. Włączył telewizor i oparł się wygodnie, obejmując mnie w pasie. Jęknęłam cicho z bólu.
- Co jest? - spytał szybko, marszcząc czoło. - Coś cie boli?
- Wiesz, mam sińca - powiedziałam. W sumie, to prawda. Sińce miałam wszędzie.
Oparłam głowę na jego ramieniu. Starałam się tłumić ból. Chodź w porównaniu z dzisiejszym rankiem, to i tak było świetnie. Tylko ciekawe, kto mnie zaprowadzi wieczorem do pokoju.  Eddie opowiadał mi o dzisiejszym dniu w szkole. Nie ominął powiadomienia mnie, że ktoś rozwalił biurko i ławkę w klasie. Wolałam się nie odzywać, więc przytakiwałam tylko głową.
- Jesteś dziś mało rozmowna, Gaduło - zwrócił mu uwagę po kilkunastu minutach rozmowy.  Wetknął mi palec w żebra. Mój krzyk poniósł się po całym domu. Eddie spoglądał na mnie zdziwiony. - Co jest?
- Czyś ty zwariował do końca, człowieku?! Tak tykać kogoś! Ja już stara jestem i moje kości nie są takie mocne.
- Okey - powiedział ostrożnie, chodź widziałam jak zanosi się śmiechem.
- Tak, tak. Śmiej się z moich starych kości. Proszę bardzo.
- Daj spokój, słońce.
Poczułam jego ciepłe usta na swoich. W tej chwili nawet ból, gdzieś się ulotnił. Pozostała czysta przyjemność z każdym pocałunku.  Niestety Alfie nam przerwał, wpadając do kuchni z lampką.
- Gdzie ci kosmici!?Ja i Filemon pokonamy ich wszystkich! - Wrzeszczał, zaglądając do każdej szafki. Zaalarmowana wrzaskami Willow również zbiegła, a zaraz po niej Mara.
- Możecie ciszej? Ja tu próbuję czytać - tłumaczyła dziewczyna, ale każdy ją zignorował. Zrezygnowana rzuciła się na fotel z założonymi rękami na piersi.
- Daj spokój, Mara. Alfie się wyszaleje i zaraz przestanie - pocieszałam ją. - Co czytasz?
- Nie udawaj, że umiesz czytać - odezwał się do mnie Eddie.
- Akurat ty nie powinieneś mnie pouczać. Nigdy, żadnej książki nie przeczytałeś.
- Czytam sms'y od ciebie. To i tak już wielkie wyzwanie.
- Nie potraficie normalnie porozmawiać - marudziła dalej, Mara.
- A jak tam z Fabianem? - spytałam.
- Doobra, idę czytać.
Dziewczyna zerwała się i zniknęła na schodach. Eddie uśmiechnął się i wróciliśmy do przerwanej nam czynności. Nie minęła nawet minuta, kiedy do domu wpadł Victor. To co przyciągnął ze sobą, było wielkim zdziwieniem.
- Może mi ktoś wytłumaczyć, co mój dywan robił w schronisku!? - ryknął, rzucając go na hol.
- F.. Fiona? - spytał nie pewnie Alfie ze łzami w oczach. - Toż... toż to Fiona! - Rzucił się na dywan z pełnym rozpędem i wyściskał. Całował, mrucząc coś pod nosem. Nim się obejrzałam Willow również tarzała się po ziemi.
- Och przestań mnie lizać, Fiona! - krzyczała przez śmiech i łzy szczęścia. Hałas sprowadził również Joy i Mare.
- Nie, tylko nie ty, Joy - powiedziałam, kiwając ze zrezygnowaniem głową, ale dziewczyna już ściskała psa.
- Dlaczego wszyscy obmacują i rozmawiają z dywanem? - spytała nas Mara, biorąc chyba za jedynych normalnych.
- Przywitaj się z Fioną - powiedział Alfie, podstawiając mi dywan pod nos.
- Eee hej Fiona. Jak się masz - pogłaskałam ,,psa". Eddie spoglądał na mnie nie wiedząc kompletnie o co chodzi. - No pogłaskaj psa.
Blondyn przejechał ręką po miękkim materiale. Spojrzałam na Victora. Dozorca stał z uniesionymi brwiami i spoglądał na wszystkich po kolei, szukając wytłumaczenia. Już chciał się odezwać, kiedy do domu wszedł spokojnym krokiem Jerome. Alfie od razu rzucił się na niego z dywanem.