niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 40

Czyjaś dłoń zasłoniła moje usta i pociągnęła do tyłu. Zacisnęłam powieki przygotowując się na ból, kiedy wpadniemy na ścianę z takim impetem. Zamiast tego straciłam grunt pod nogami i leciałam w dół. Silna ręka oplotła mnie w pasie przyciskając do siebie. Wiedziałam do kogo należy, a jęk który wydobył się z ust chłopaka, kiedy wylądowaliśmy na zimnej posadzce potwierdził moje przypuszczenia. Otworzyłam oczy, ale jedyne co widziałam, to ciemność.
- Czekaj, zapale światło - odezwał się i z głośnym stęknięciem wstał z ziemi. Chwile błądził w ciemnościach, macając ścianę.
- Hiroki - mruknęłam, kiedy delikatne światło świecy rozświetliło całkiem spory pokój. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i poczułam jak coś staje mi w gardle. Całe pomieszczenie było usłane pajęczynami, ale widać było, że całkiem niedawno ktoś tutaj był. Pod ścianą stały stare trumny, z których odpadały kawałki drewna. Na środku ustawiony był stół pokryty odpadającym z sufitu tynkiem. Więcej nie zobaczyłam, ponieważ ktoś ukucnął przede mną zasłaniając ten cały koszmar.
- Nie patrz na to Patricio. To nic nie zmieni.
Chciałam się odezwać. Albo od razu biec na górę i upewnić się, że to co widziałam było na pewno prawdziwe. Jednak to, co utkwiło mi w gardle nie chciało odejść. Czy w tych trumnach leżeli ludzie? Głowa mimowolnie opadła na tors Hirokiego, który objął mnie i delikatnie gładził dłonią moje włosy. Czy to była prawdziwa strona pięknego zamku otoczonego rajem?
- Chce do domu - powiedziałam, ale nie odpowiedział mi. Może nie zrozumiał przez mój zapłakany głos, albo nie wiedział, co powiedzieć. Nie chciałam pocieszenia, bo zdawałam sobie sprawę, że na nic się ono zda. - Chce do domu. Teraz. Natychmiast - powtórzyłam.
- Przepraszam, nie wiem co mam ci powiedzieć. Ostrzegałem cie przed poznaniem prawdy. - Westchnął w moje włosy i milczał przez chwile, a może dłużej? Straciłam poczucie czasu próbując zatrzymać łzy, które leciały i nie chciały przestać. Nawet nie wiedziałam, dlaczego tak naprawdę lecą. Ostatnio robiłam to, co musiałam nie patrząc na swoje zyski i uczucia. Zabijałam sama siebie od środka. ,,Pogubiłam się w swoim własnym życiu" pomyślałam czując przyjemne mrowienie, kiedy palce Hirokiego gładziły moją szyje. Biło od niego poczucie bezpieczeństwa, którego tak dawno nie doznałam. Skraje uczucia wcale nie przynosiły ulgi.
Co ja robię? Przecież u góry jest Sano, który cierpi, a ja siedzę i rozczulam się nad sobą. Przecież musiałam wziąć się w garść i pomóc mu. Z niechęcią odsunęłam się od Hirokiego i wstałam, odwracając od razu w stronę schodów, z których spadliśmy do piwnicy. Nie chciałam oglądać tego, co jest za mną. Otarłam rękawem czerwonego swetra mokry policzek i cicho zaczęłam wspinać się na górę. Słyszałam za sobą ciche kroki chłopaka. Przyłożyłam głowę do drzwi nasłuchując, czy aby nikogo już tam nie ma. Hiroki przytrzymał mnie za ramie i sam uchylił drzwi zaglądając. Chwile później kiwnął głową i weszliśmy do środka.
- Sano! - Podbiegłam do chłopaka i ujęłam jego twarz w dłonie unosząc ją. Z wargi ciekł mały strumień krwi, który wręcz błyszczał na bladej skórze. - Sano, proszę, otwórz oczy.
Po chwili mogłam patrzeć w ciemne oczy czarnowłosego. Jego tęczówki przyglądały mi się pusto jakby mnie nie widziały, nie poznawały. Od samego patrzenia na niego miałam ochotę usiąść na ziemi i rozryczeć się jak kretynka czekając, aż ktoś podejdzie i rozwiąże za mnie wszystkie problemy. Tak jednak nie będzie i nigdy nie było. Sama musiałam sobie poradzić. Rozejrzałam się za czymś do rozwiązania sznurów na jego nadgarstku. Hiroki był szybszy ode mnie i już rozrywał nożem sznur wpijający się w skórę Sano. Złapał go, kiedy ten spadł ze stołu i przy mojej pomocy wziął na plecy. Ruszyłam przodem ku wyjściu badając teren, aby nie wpaść przypadkowo na kogoś. W ogromnym zamku mieszkało mało osób, więc nie było problemu z przemknięciem niezaważenie do mojego pokoju, który wcale nie był pusty.
- Boje się, Neith!
- To nie będzie boleć!
 Hiroki położył Sano na łóżku, a ja szybko przykryłam go kocem. Spojrzałam na dwóch chłopaków siedzących na ziemi. Neith trzymał w jednej ręce nogę Lucka, w drugiej nożyczki. Usta przykryte miał chustą i powoli przybliżał nożyczki do nogi.
- Co wy wyprawiacie?! - spytałam, zabierając im nożyczki.
- Idziemy za twoją radą - odpowiedział Neith.
- Jaką radną?
- No, mówiłaś, że jak boli cie ząb to idzie się go wyrwać. Lucka boli noga, więc chce ją obciąć - wytłumaczył mi jakby była to rzecz oczywista. - Jak nie będzie miał nogi, to nie będzie go boleć, prawda?
- Trudno zaprzeczyć takiej logice - powiedziałam i schowałam nożyczki do szafki. - Powiedz mi Neith, co robisz jak boli cie głowa?
- Wale nią w ścianę i czekam aż przestanie - odpowiedział dumnie i nagle jęknął. - Rozumiem! Powinienem ją wyrwać, żeby nie bolała! Ludzie, jaki ja głupi!
- No nie! Nie! Bierzesz tabletki przeciwbólowe!
- Oh... Nie musiałaś wrzeszczeć. Rozumiem. - Ciągnąc Lucka za nogę skierował się do drzwi. Spojrzałam wymownie na Hirokiego i pokiwałam głową. Czasami nie miałam siły na tych ludzi. - Najpierw obetniemy ci nogę Luck, a potem damy tabletkę przeciwbólową.
- Nie ma żadnego obcinania nóg, kretyni! - Luck spojrzał na mnie z przerażeniem, ale i ulgą.
- Ale co jeśli umrę? - spytał.
- A co ci się stało w nogę?
- Biedronka mnie ugryzła.
- Biedronka cie ugryzła i chcesz nogę wyrywać!? - Czułam jak skacze mi ciśnienie. - Wyjdźcie i to już.
Usiadłam na łóżku obok Sano i złapałam jego zimną dłoń. Chciałam teraz tylko położyć się obok niego i przespać się choć chwile. Byłam wykończona, ale musiałam wiedzieć.
- Hiroki, nie wychodź - zatrzymałam go, kiedy chciał wyjść z pokoju.
- Pomyślałem, że będziesz chciała się przespać - powiedział, ale wrócił na swoje poprzednie miejsce, czyli koło okna.  - Wybacz, ale nie wiem jak ci to wszystko powiedzieć.
- Po prostu powiedz. Od początku i wszystko - poprosiłam.
- Jak sobie chcesz. - Wzruszył ramionami. -  To wszystko, co się dzieje jest wyłącznie twoją winą. Dałaś się zmanipulować i omamić. Podczas gdy ty myślałaś, że sama decydujesz, zwodzisz Henota i pogrywasz z nim, byłaś wyłącznie pionkiem. Wszystko co robiłaś było przez Henota zaplanowane, a ty jak kukiełka robiłaś to co chciał. Uciekałaś przed nim i nawet poświęciłaś swoje życie, co było zaplanowane od początku. Ale czego się spodziewałaś po królu? Jeszcze za nim go spotkałaś on już cie miał na oku. Pilnował cie od urodzenia, jak prosie na rzeż.
- Jaką rzeź? Przecież mnie uratował i chciał żebym wstąpiła do rady - opanowałam. Nie mogłam dopuścić do głosu myśli, że każdy mój wybór był z góry ustawiony. To jak przeznaczenie, a ja nie wierze w takie rzeczy. - Poza tym przecież on chciał Zgubę Anubisa, więc gdyby był taki wspaniałomyślny jak mówisz, to nie pozwoliłby żebym pokrzyżowała mu plany i uratowała ją.
- Dlaczego ty jesteś taką kretynką?! - warknął Hiroki nawet na mnie nie patrząc i rzucił jakby od niechcenia. - Pomyśl choć trochę. Struga przy tobie dobrego władce i usadził cie na tronie obok siebie. Zamknął w swoim zamku pod pełną kontrolą i trzyma cie przy sobie. I jak myślisz dlaczego?
- Nie wiem...
- Cholera! To ty jesteś Zgubą Anubisa!
---------------------------------------------------------
- Cholera! To ty jesteś Zgubą Anubisa! Dlatego uratował ci życie, bo gdybyś została zabita nie zdobyłby twojego serca, więc zamknął cie tutaj jako kartę przetargową dla Anubisa!
- Co ma z tym wspólnego Anubis? - spytałam czując jak wszystko kotłuje mi się w głowie w wyniku czego nic nie do mnie nie docierało.
- Zguba Anubisa jest potomkinią boga śmierci, czyli Anubisa - odpowiedział przestając się w końcu drzeć. - Jesteś trzecią osobą, która otrzymała także odrobinę mocy Anubisa, dlatego tak wiele osób chce twojego serca. Ono ma w sobie moc, a ty jak kretynka zgodziłaś się zostać przy boku twojego przyszłego mordercy zasiadając z nim w Radzie. Bo przecież po co uciekać przed mordercą skoro można się z nim zaprzyjaźnić!
- Więc dlatego mówiłeś, że to wszystko miało się stać. Henot, specjalnie wprowadził mnie w błąd - wyjęknęłam. Opadłam na łóżko obok wciąż śpiącego Sano.
- Pewnie wiedział, że nie będzie łatwo cie zmusić do oddania dobrowolnie serca. Obserwował cie od dzieciństwa, więc wiedział, iż szybciej oddasz życie za kogoś. To on zabił twojego dziadka zimę i namieszał ci w pamięci, żebyś nie pamiętała waszego wcześniejszego spotkania. Victor miał cie przygotować na oddanie serca, ale zamiast tego pokochał cie jak córkę i narobił jeszcze większego burdelu w twojej pamięci. Ale po co to wszystko skoro ty sama wepchałaś się do tego świata - burknął niezadowolony.
Mój oddech ciążył mi w krtani. To dlatego, że to ja byłam problemem tego świata? Nagle...  nagle cały świat się przewrócił. Wszystko w co wierzyłam przestało istnieć. Chciałam tylko, żeby nikt nie cierpiał, a to ja byłam powodem ich cierpienia. Koszmary Kary były tylko po to, żebym uwierzyła, że to ona jest Zgubą. Byłam winna wszystkiemu.
- Nie obwiniaj się - odezwał się nagle Hiroki. Jego spokojny głos zaskoczył mnie. - To nie twoja wina, Patricio. Ja sam dowiedziałem się kilka dni po tym jak tutaj trafiłaś. Henot kazał mi przypilnować, żebyś o niczym się nie dowiedziała.
- Więc dlaczego mi to wszystko mówisz? Jeżeli Henot sie dowie...
- Zabije mnie - przerwał mi i spojrzał na mnie. - Ale nie może zabić ciebie, a ja nie pozwolę żebyś sama siebie skrzywdziła. Jesteś nietykalna, więc stań po mojej stronie jako moja broń.
- Dlaczego? Ja nic nie mogę. Zresztą co chcesz osiągnąć?
- Anubis chce zniszczyć ten świat, bo wyszedł spod jego kontroli, ale nie zrobi tego jeżeli władać nim będzie jego córka. Natomiast Henot niszczy ten świat, a jeżeli będzie mógł przedostać się fizycznie do twojego to go również zniszczy.
- Dobra, ale po której ty jesteś stronie?
- Chce żeby ten świat przetrwał. Wiesz na czym polega problem? Ludzie zaczęli tutaj żyć, wiązać się, zakładać rodziny. Rodzą się dzieci, które pochodzą z tej ziemi. Nie wiem jak to się dzieje skoro ci ludzie nie mają serce. Mieszkałaś tu trochę, więc pewnie zauważyłaś, że ten świat nie przypomina piekła. Jest namiastką raju, ale ja chce żeby on stał się rajem. Moja matka pochodzi z tego świata, a moim ojcem... ojcem jest Henot.
- Nie wiem, co ci powiedzieć - wydukałam po chwili. To wszystko mnie przerastało. Ale... czy mi się to nie podobało? Nigdy nie wyobrażałam sobie siebie siedzącą w domu i robiącą obiad dla rodziny i psa. W tym co mówił Hikroki była logika i miał swój cel. A może powinnam się zastanowić, co będzie najlepsze dla tego świata? Czy nie jestem samolubna? A może czas skończyć się zastanawiać i stwarzać nie istniejące problemy?
- Więc od czego zaczynamy? - spytałam podchodząc do Hirokiego i stając na przeciwko niego.
- Będziemy improwizować.
- Wchodzimy w to! - wrzasnął Luck wchodząc z Neithem do pokoju.
Uśmiechnęłam się. Zapowiadało się naprawdę ciekawie. Żadne z nas nie miało zamiaru przegrać.
- Eh jako strażnik Zguby Anubisa chyba też muszę się przyłączyć, prawda? - odezwał się Sano, unosząc się na łokciach. Chłopak nie był już tak blady, a jego oczy błyszczały.
- Sano!
Rzuciłam się na łóżko i uściskałam go. Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Czy mieliśmy jakieś szanse? Z następcą tronu i synem Henota Hirokim, dwoma popaprańcami którzy nie widzieli granic w niczym, strażnikiem Zguby Anubisa i mną córką boga śmierci. Tak, mieliśmy małe szanse, ale to zawsze coś.

środa, 1 stycznia 2014

Rozdział 39

Zgniotłam w palcach miękki materiał czarnej sukienki. Opuszkami palców pogładziłam delikatnie koronki przy dekolcie. Miałam wrażenie, jakby miała się zaraz rozpaść i zamienić w pył. Zimne palce musnęły mój policzek, aż się wzdrygnęłam, ale nie dałam tego po sobie poznać. Kobieta stojąca za mną i czesząca moje włosy wydawała się tego nie zauważyć. Tyle, że nie byłam tego pewna, bo odkąd ją zobaczyłam nawet nie mrugnęła, jakby miała na twarzy porcelanową maskę. Nie widziałam także, żeby jej klatka piersiowa się unosiła, co przyprawiało mnie odrobinę o mdłości. Skoro jej serce nie pompuje krwi to znaczy, że gnije od środka?
- O czym ja myślę, do cholery - zbeształam się w myślach, próbując nie zwracać uwagi, że trup czesze moje włosy i przygotowuje mnie do zgromadzenie Rady.
Tak, to w końcu dzisiaj. Spędziłam tu już miesiąc po mojemu przebudzeniu i zdążyłam zaaklimatyzować. Właśnie, zaaklimatyzować w takim miejscy, gdzie za oknem chodzą trupy, a ja sama siedzę zamknięta w zamku? Tak, można. Chodź pewnie gdyby nie Luck, Neit i Keith mogłabym zwariować. Hirokiego nie dane mi było jeszcze poznać, ale widziałam go z okna jak wracał do zamku wieczorem. Jakby to powiedziała Willow, odstraszał swoją aurą na ponad kilometr. Za to dane mi było zobaczyć się w końcu z Henotem i o ile spodziewałam się zobaczyć tyrana wręcz potwora, facet okazał się całkiem spoko. Nie bawił się w królewskie ceregiele tylko oprowadził po zamku, bo reszcie nie chciało się tego wcześniej zrobić, i opowiedział wiele o swoim królestwie. Myślę, że odpowiednio będzie uznać, iż zachowywał się jak stary przyjaciel. Jego śmich był zaraźliwy, szczególnie, kiedy zabrał mnie na golfa, a ja nie umiałam wcelować w piłeczkę. Wiem, że to idiotyczne i nigdy nie powinno się stać, ale szczerze polubiłam człowieka, który chciał zabrać serce mojej przyjaciółce, groził mi śmiercią choć później mnie od niej uratował i w sumie zmienił całe moje życie włącznie ze mną.
- Skończyłam - odezwał się ostry głos za moich pleców. Drobna, owleczona białą skórą dłoń odłożyłam grzebień i skierowała się do wyjścia dodając: - Może już iść.
Dopiero teraz mogłam iść. Henot kazał mi przyjść w połowie spotkania, więc pewnie ta kobiet czesała moje włosy z dobrą godzinę, żeby upewnić się, że nie przybędę wcześniej. Westchnęłam głośno, kiedy drzwi zamknęły się cicho. Jej obecność wzbudzała we mnie niesłychane napięcie każdego mięśnia ciała. Złożyłam sukienkę w kostkę, aby się nie pogniotła i wstałam z krzesła. Nie było szans, żebym dostała się do centrum miasta w takiej sukience i szpilkach. Zabiłabym się po drodze. Zamierzałam skorzystać z rady Keitha i przebrać się w pobliskim barze w łazience. Na czarną koszulkę z ramiączkami narzuciłam kurtkę z jakiegoś dziwnego materiału, ale ważne, że ciepłą. Tutaj kobiety nosiły zazwyczaj sukienki, ale udało mi się znaleźć zwykłe jeansy. Ludzie, to istne średniowiecze!
Jak tylko wyszłam z zamku przywitały mnie ciepłe promienie popołudniowego słońca. Okolica otaczająca zamek była jak wzięta z Raju. Soczysta zieleń kusiła, żeby położyć się i wypocząć na trawie. Ten widok uzależniał. Ale nie tylko to postanowiła mnie powitać.
- Patt! Patt! - W moją stronę biegł Luck z niekrytą rozpaczą na twarzy. - Ten ślimak chce mnie pożreć, a Keith nie chce go zdjąć mówiąc, że chce żeby mnie pożarł i używa przy tym brzydkich słów!
- Dobra - powiedziałam powoli próbując ogarnąć sytuacje.
W końcu wypatrzyłam siedzącego na trawie Keitha, który rzucał ślimakami w Neita. Chłopak próbował je łapać jak cukierki, czyli prosto do budzi. Ja rozumiem, że w nie których krajach je się ślimaki, ale no bez przesady.
- Chodź - zwróciłam się do Lucka, strzepując z rękawa małego ślimaczka.
- Za co?! - Wrzasnął Keith, gdy walnęłam go w ten pusty łeb.
- Za rzucanie w ludzi ślimakami - odpowiedziałam.
- Tak! Renifer jedzący flaki przybył nas uratować - wrzasnął Neit chowając się za moim plecami i wystawiając język do Keitha. Tak, renifer nadal im się nie znudził. Ciekawe, czy oni zdają sobie sprawę, że nie jestem prawdziwym reniferem? - Czekaliśmy na ciebie, żeby cie odprowadzić.
- Świetnie, zawsze raźniej - Uśmiechnęłam się, bo naprawdę nie chciało mi się iść samej. - Ruszcie leniwe dupy, idziemy!
Byłam już kilka razy w mieście, ale to tylko z Henotem, a przy naszych rozmowach czas podróży mijał w mgnieniu oka. Oczywiście były konie. Nie byłam pewna, czy ci ludzie wiedzieli w ogóle, co to jest samochód. Kiedy zapytałam się o te sprawy króla, odpowiedział, że od kilkuset lat nikt nowy nie przybył do świata błąkających się. Anubis przestał wysyłać tu ludzi po tym jak powstała Rada i nie miał już tutaj władzy. Mieszkańcy tego świata utknęli w wieku średniowiecza. Ale były trzy wyjątki, a wliczając teraz mnie, to cztery. Luck, Neit i Keith oni są już bardziej... ucywilizowani? Cóż, przynajmniej jako jedyni wiedzą, co to mikrofalówka. Może też właśnie dlatego zostali zamknięci w zamku? Nie można im przebywać bez zgody króla w mieści.
- Patricia, jak wrócisz to zrobisz nam budyń? - spytał Luck robiąc maślane oczyska, kiedy doszliśmy do granic miasta.
- Przypominasz mi teraz szczeniaczka - powiedziałam bez zastanowienia.
- To źle?
- Nie, ktoś mi kiedyś powiedział, że też jestem przemokniętym szczeniaczkiem.
- To komplement - wtrącił Keith. - Wszyscy kochają szczeniaczki. Są słodkie i urocze.
- Jestem szczeniaczkiem! - wrzasnął Luck. - Ah opływam w seksapilu! Jaki ze mnie sexy szczeniaczek! Hau Hau jestem sexy szczeniaczek!
- Nie wierze - jęknęłam. - Jakby widziała Alfiego, a nawet gorzej. Jak ty z nimi wytrzymujesz, Keith?
- Kwestia przyzwyczajenia. Tutaj cie pozostawiamy.

Weszłam miedzy ciasne, zatłoczone uliczki, na które wychodziły okna i małe balkoniki mieszkań i sklepów. Nie było czegoś takiego jak osiedla, czy wielkie sklepy. W powietrzu unosił się zapach jedzenia ze straganów i barów. Słońce zdawało się tu nie docierać odstraszane od wysokich, ponurych budynków. Chodzenie po tych uliczkach i obserwowanie ludzi było uspokajające. Szłam z dobrą godzinę zanim doszłam do centrum, gdzie mieściła się mała wersja zamku, a może bardziej lochów? Budynek wyglądał jak starodawny kościół, który w każdym momencie może się zawalić. Brakowało tylko krzyża, ale to już by była ironia w takim miejscu. Rozejrzałam się dookoła szukając jakiegoś baru, o którym mówił Keith. Po chwili zauważyłam tylko jakąś ledwo trzymającą się knajpę z niskim sufitem. Na drzwiach była przybita belka z napisem ,,otwarte". Nie wyglądało to zachęcająco, ale musiałam się przebrać. Z niechęcią ruszyłam w jej kierunku. Kiedy tylko otworzyłam drzwi uderzył we mnie zapach alkoholu i ciepło kominka. Na prawo, na przeciwko mnie stały duże stoły i niskie, okrągłe krzesła, a po mojej lewej długi bar z szamotającym się za nim barmanem, albo kucharzem. Wypuściłam nosem wstrzymywane powietrze i przeszłam środkiem sali, aby dostać się do dalszego korytarza. Goście nie zwracali na mnie uwagi zajęci swoimi rozmowami. W wąskim korytarzu minęłam kilka drzwi kierując się do ostatnich ze znaczkiem oznaczającym chyba łazienkę. Nagle czyjaś dłoń szarpnęła mnie za ramie do tyłu przyciskając do ściany. Sukienka i szpilki, które przyciskałam do siebie upadły na ziemie. Mężczyzna przesunął je nogą w kąt i stanął na przeciwko mnie. Jego twarz znajdowała się tylko kilka centymetrów od mojej. Czułam na swoich ustach jego śmierdzący alkoholem oddech. Przyłożyłam do jego torsu dłonie chcąc go odepchnąć, ale to tak jakby motyl chciał przesunąć głaz. Spojrzałam na jego twarz, ale nie zobaczyłam starego, zarośniętego oblicza, tylko przystojnego może nawet w moim wieku chłopaka o ciemnych oczach.
- Dobra, najpierw wytrzeźwiej - powiedziałam spokojnie, choć jego twarz ciągle się przybliżała. Chłopak był naprawdę przystojny.
- Jestem trzeźwy - odezwał się powoli i zmarszczył brwi. Jego druga dłoń zjechała na moje biodro, kiedy jedna ciągle przyciskał mnie do ściany.
- Zmiażdżysz mi bark.
Rozejrzałam się, ale nikt nas nie widział, ani nie słyszał. Chłopak chwycił moją twarz delikatnymi palcami i skierował w swoją stronę. Przyłożył swoje miękkie usta do moich. Nie był natarczywy, czym jeszcze bardziej zbił mnie z tropu. Stałam tylko nie wiedząc, co zrobić i nie mogąc się odsunąć. Raczej wątpiłam, żeby posunął się dalej niż całowanie.
- Kretynie, nie całuj wszystkich napotkanych dziewuch - odezwał się kolejny męski głos i raczej lekko podpity. Jedną ręką, bez większego wysiłku. odsunął swojego kolegę ode mnie.
- A ty co ostatnio robiłeś, Hiroki? - zagadnął tamten, a po chwili uśmiechnął się usatysfakcjonowany.
- Tyle, że tamta nie miała nic przeciwko. - Hiroki podniósł moją sukienkę i spoglądał na nią w skupieniu. Pogładził materiał i obrócił kilka razy, a potem spojrzał na mnie, ale jakoś tak inaczej. Momentalnie wytrzeźwiał. - Do kont idziesz?
- Na zebranie Rady - odpowiedziałam prawie szeptem.
Chłopak raptownie złapał mnie za nadgarstek omal go nie łamiąc i zaciągnął do pierwszych drzwi. Była to mała sypialnia z łóżkiem, stołem i komodą. Hiroki zamknął drzwi na zauwkę i zatopił palce w swoich czarnych włosach.
- Źle się czuje, że musisz mnie oglądać w takim miejscy - odezwał się poważnie.
- Nie przejmuj się. Też zdarzało mi się chodzić po takich miejscach, ale nie w tym świecie, oczywiście. - Sama nie wiem, dlaczego go usprawiedliwiałam. Przyjrzałam się mu dokładnie i coś mnie tchnęło. - Mieszkasz na zamku!
- Tak, choć nie mieliśmy się jeszcze okazji poznać. Jestem Hiroki. - powiedział i dodał po chwili:  - Zresztą, to nie potrzebne, bo i tak nie długo z tond znikniesz.
- Dlaczego?
- Może popełnisz samobójstwo? Wiesz, my nie możemy, bo nie żyjemy. Pewnie chcesz wrócić do swojego świata?
- Ja... - Chłopak uniósł brew czekając, aż dokończę. Ale sama nie wiedziałam jak mam to zrobić. - Wiesz, tu jest inaczej. Nie ma problemów i zamartwiania się o swoją przyszłość. Nie chciałam tego, ale podoba mi się życie tutaj.
- Głupia jesteś - skwitował. - Nie poznałaś prawdziwego życia tutaj. Król zamknął cie w złotek klatce, gdzie pozornie masz wszystko czego ci trzeba. Ale tylko pozornie. Mnie też na początku zamknął jak zwierzątko w klatce i na początku było dobrze, ale im więcej wiedziałam tym bardziej chciałem stamtąd uciec. Jeżeli chcesz żyć jak teraz, to musisz wyłączyć myślenie i po prostu pozostać kukiełką króla. Ja to trochę inna kwestia - dodał po krótkiej przerwie.
- Inna?
- Jestem następcą tronu - powiedział i uśmiechnął się, ale był to uśmiech bardzo nieszczęśliwy. - Przebierz się tutaj, ja poczekam za drzwiami. Odprowadzę cie.

Stanęliśmy przed ogromnymi drzwiami czegoś na kształt kościoła. Moje nogi nie za bardzo chciały się  ruszyć i nie było to spowodowane wysokimi butami na szpilkach. I choć materiał sukni był miły w dotyku, to ciepły niestety w ogóle. Ludzie z daleka patrzyli na mnie, a kilka dziewczyn wskazywało palcami stojącego obok mnie Hirokiego. Ich uśmiechy mówiły same za siebie.
- Masz dużo fanek - odezwałam się, a on spojrzał na mnie z ukosa.
- To raczej ty. Twoja sukienka zwraca uwagę poza tym stoimy w miejscy, gdzie żaden mieszkaniec nie może wejść. Zwracamy trochę uwagę.
- Dlaczego nie ma cie na Radzie skoro jesteś następną tronu?
- Nie lubię tam być, ale faktycznie należę do Rady. - Zrobił pauzę zastanawiając się. - Chcesz żebym dzisiaj poszedł z tobą?
- Ooo martwisz się o mnie?
- Bardziej martwię o to, że palniesz coś głupiego - sprostował.
- Dobra, chce żebyś poszedł.
Bałam się. Wszyscy będą wyglądać jak Henot, czy zastanę bandę trupów? Choć w zasadzie, jak na razie żadnego trupa nie widziałam, ale kto wie. Spojrzałam na sukienkę, już któryś raz z rzędu, aby upewnić się, że nie ma żadnej dziury. Musiałam przyznać, że była ładna. Ciemno brązowa ze złotymi nićmi. Od góry przyległa do ciała próbując chyba utrudnić mi oddychanie, a od pasa w dół opadała luźno na ziemie, zakrywając buty. Cóż, przynajmniej posprzątam podłogę idąc. Najbardziej podobały mi się żółtawe koronki przy dekolcie, który uwydatniał mój biust. Kiedy spojrzałam w swoje odbicie w jednym ze sklepów zobaczyłam inną dziewczynę, co trochę mnie przeraziło. Nie wiem jak to możliwe, ale moje włosy urosły prawie do pasa a rysy twarzy złagodniały. To trochę tak, jakbym patrzyła na inną osobę, ale ładniejszą ode mnie.
- Co się tak oglądasz? - spytał Hiroki. - Wątpię żebyś w tym świecie spotkała swojego księcia na białym koniu, więc strojenie się jest bez sensowne.
- Nie chce przynieść wstydu Henotowi - powiedziałam i spojrzałam na chłopaka dodając: - A jakbym spotkała księcia na białym koniu to powiedziałabym mu, że jest frajerem.
- Naprawdę jesteś głupią dziewuchą - mruknął bardziej do siebie. - No chodź już.

Tylnymi drzwiami wyszliśmy na tyły budynku otoczonego wysokim murem, gdzie powinien znajdować się ogród. Zamiast drzew i kwiatów stały siedziska, istnie królewskie, tworzące okrąg. Postacie siedzące na nich w różnych pozach były tylko cieniami. Już wcześniej Henot wytłumaczył, że dla bezpieczeństwa twarze członków Rady są niewidoczne. Jego, jako króla, ta zasada nie dotyczyła.
- A teraz chce wam przedstawić nowego członka naszej Rady! - odezwał się tubalny głos króla. Nie wiem, jak mnie zauważył skoro siedział tyłem do wyjścia. Dostrzegłam jak inni członkowie wyprostowali się na swoich siedziskach i wbili wzrok w moją osobę. Nie było to przyjemne uczucie. Hiroki ruszył przodem popychając mnie lekko. Ruszyłam powoli za nim wprost do Henota. - Jest także moją prawą ręką i jest nietykalna. - Ostatnie słowo wypowiedział ostro, aż ciarki mnie przeszyły.
- Ona żyje - powiedział któryś z obecnych.
- I tak ma na razie zostać - odpowiedział mu i spojrzał na mnie. Uśmiech rozświetlił jego twarz i poczułam się trochę lepiej. Choć niepokoiło mnie to ,,na razie zostać".  Miałam do niego jednak zaufanie. Może... przypominał mi ojca, którego tak naprawdę nigdy nie miałam? - Wracaj już do zamku - zwrócił się do mnie. - Hiroki, odprowadzisz ją, czy zostajesz z nami? Dawno nie było cie na zebraniu Rady.
- Odprowadzę ją - odpowiedział oschle i szybkim krokiem ruszył do wyjścia.

Przebrałam się w tym samym barze, bo niestety tam zostawiłam ciuchy. Zauważyłam, że jak weszłam z Hirokim, wszyscy nagle odwrócili ode mnie wzrok, jakby się bali chodź by spojrzeć. Nie za bardzo mi to przeszkadzało, przynajmniej nie musiałam się martwić jakimś kolejnym pijanym napaleńcem.
- Możemy iść... - powiedziałam, kiedy wyszłam z pokoju, ale Hirokiego, który miał tu czekać, nie było. - Świetnie po prostu. Zastawił mnie tutaj samą. Świetnie.
Drewniana podłoga skrzypiała, kiedy robiłam każdy krok w kierunku sali. Nie którzy byli już pijani i siedzieli w dziwnych pozach na zapewne niewygodnych krzesłach. Jakaś ręka zaczęła wymachiwać do mnie, a po chwili z grupy ludzi wyłonił się uśmiechnięty chłopak. Podszedł do mnie i ukłonił się lekko.
- Przepraszam za moje zachowanie wcześniej - powiedział prostując się, a uśmiech nie schodził z jego bladej twarzy. - Kiedy jestem pijany mam dziwny zwyczaj całowania pięknych dziewczyn. Mam nadzieje, że cie nie wystraszyłem i wybaczysz mi to.
- Nie, nic się nie stało - wyjąkałam. Koleś napad na mnie, a ja mówię, że nic się nie stało? Powinnam mu jeszcze przyłożyć. Ale przecież ludzie po alkoholu różnie się zachowują, a nie próbował posunąć się dalej. Czekaj, czy ja go czasami nie usprawiedliwiam? - Widziałeś Hirokiego?
- Tam jest.
Chłopak zaciągnął mnie do stolika stojącego w kącie trochę dalej od reszty. Siedział przy nim jakiś wysoki chłopak i Hiroki, który bawił się kuflem piwa. Błagam tylko nie mówcie, że on się upił. Rozumiem, że przebierałam się trochę długo, bo ściągnięcie z siebie tej przylegającej jak diabli do pasa sukienki było nie lada wyczynem, ale żeby zdążyć się upić?
- Miałeś czekać pod drzwiami - wytknęłam mu.
- Pić mi się chciało! Wiesz, jakie męczące jest ciągłe stanie!?
- Nie wrzeszcz, Hiroki - uciszył go wysoki kolega i zwrócił się do mnie. - Zamówić ci coś?
- Nie, wracam do domu.
- Domu? - prychnął mój towarzysz. - Więc nazywasz tą złotą klatkę domem? Henot, naprawdę owinął cie wokół palca.
- Nie mam zamiaru cie wysłuchiwać. Jesteś kompletnie pijany - powiedziałam i chciałam odejść, ale jego silna ręka pchnęła mnie na siedzenie obok niego. Nie słychane, jak ten koleś zachowuje się inaczej będąc pod wpływem alkoholu. - Nie mogę pozwolić ci iść. Jest prawie środek nocy i różni ludzie kręcą się po okolicy, a chyba nie chcesz powtórki z Nagato? - spojrzał znacząco na chłopaka, który wcześniej mnie całował i siedział teraz po drugiej stronie czteroosobowego stołu.
Nie chciałam z nimi zostać, ale trudno było zaprzeczyć logice Hirokiego. Było późno, a te ciemne uliczki nie zachęcały do samotnych spacerów. Poza tym bałam się, że mogę nie trafić, zgubić się. Westchnęłam ciężko i podparłam głowę na ręce. Nagato wyszczerzył się.
- To co pijesz? - spytał mnie.
- Woda, albo sok - odpowiedziałam, skupiając tym samym na sobie wzrok ich wszystkich. - Co?
- Kto normalny pije wodę w barze? - zdziwił się wysoki chłopak, którego wciąż nie znałam imienia. Po chwili wstał od stołu i uśmiechnął się. - Przyniosę ci coś dobrego, zaufaj mi.
Zgarbił się, żeby nie uderzyć w niski sufit i poszedł do barmana. Nagato siedział tym czasem i myślał na głos, jak to można pić wodę. Poczułam na uchu ciepły oddech Hirokiego.
- Nie mówi im, że należysz do Rady - wyszeptał. - Posiedzimy trochę i wracamy.
Nawet lekko podpity Hiroki, potrafił zachować jasność umysłu. Puścił moja dłoń, w którą wplótł wcześniej palce, żebym nie odeszła. Tymczasem do naszego stołu dotarły pierwsze kufle. Wzięłam pierwszy łyk swojego napoju. Wszystkie oczy były skierowane na mnie czekając na reakcje. Cokolwiek to było, było przepyszne. Gorzkie, a za razem słodkawe. Szybko przestałam liczyć ile już wypiłam.

Melodyjny grajek, co sztućce kradnie
Idąc łąką piekło zwiedza
Czarne owce wszędzie widzi
Pije z nimi piwo, whisky
Po górach skacze, króliki gania
Miłości nie ma, Miłości nie ma
Złapie króliki i w przyprawach utuczy. 
Miłości nie ma, króliki zje.
Melodyjny grajek, co sztućce kradnie
On w miłość nie wierzy
Bo w piekle żyje.

Śpiewaliśmy z Hirokim, kiedy wyszliśmy już z miasta i szliśmy polem do zamku. Humor nam dopisywał i w mgnieniu oka doszliśmy do celu. Kiedy weszłam do środka Hiroki zniknął. Może wrócił do miasta? Powłóczyłam nagami do schodów na kolejne piętro. Zatrzymałam się przed nimi słysząc dziwne jęki. ,,Ranny kotek" - przyszło mi nagle do głowy, choć była to dojść absurdalna myśl. Minęłam schody, każąc im czekać na mnie, aż wrócę, i podeszłam do drzwi, które prawie całkowicie zlewały się z kolorem ściany.
- Ej no - jęknęłam boleśnie, kiedy przywaliłam prosto w drzwi. Mogłabym przysiąc, że ściana znajdowała się dalej. Może ona przede mną ucieka? - I co ja ci zrobiłam ściano, że przede mną uciekasz? Jeżeli jesteś zła za to, że rzuciłam w ciebie wazonem w poprzednim tygodniu, to przepraszam, ale był tam pająk.
Ściana nie raczyła mi odpowiedzieć, więc po prostu weszłam uchylając do połowy drzwi. Ciekawe, czy ścianę boli, jak otwieram drzwi... Kolejny jęk. Zeszłam krętymi schodami w dół. Nie wiedziałam, że była tu piwnica. Choć, kiedy już weszłam, wyglądało to na laboratorium. Kilka dużych maszyn zajmowało większość powierzchni, a na środku białego pokoju stało coś na kształt odwróconego, okrągłego stołu. Coś było do niego przywiązane i nie był to kot. Zamrugałam kilka razy, próbując odpędzić okropny ból głowy. Czerwona maź skapywała na podłogę tworząc sporą już kałuże. Znałam ten metaliczny zapach i sprawił on, że wróciłam trochę do rzeczywistości. Zrobiłam kilka kroków do postaci przykutej za nadgarstki. Sznur wpijał się w skórę mocno ją raniąc. Chłopak uniósł powoli głowę. Musiało go to kosztować dużo wysiłku. Ciemne, zmęczone oczy spojrzały na mnie i pojawiła się w  nich mała iskierka.
- Patricio... - wyszeptał i choć jego głos był prawie nie słyszalny, to wiedziałam do kogo należał.

sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział 38

A więc tak. Ten rozdział dedykuję Chochliczkowi, która zmotywowała mnie do napisanie. Gdyby nie ona zapewne jeszcze by go nie było. Należą się jej podziękowania również za to, że jest tutaj ze mną od mojego pierwszego rozdziału, od mojego wstąpienia w ten świat bloggera (to mój pierwszy blog). Sporo ze mną wytrzymałaś ;). Życzę Ci także szybkiego powrotu do zdrowia no i weny.
Ah i jeszcze Morgarth przesyła pozdrowienia dla Stefana ;**

-------------------------------------------

Patricia:
Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Właśnie wtedy poczułam też ciepły i miękki materiał, który mnie okrywał. Przez chwile tkwiłam w czarnej dziurze. Myśli wirowały nie mogąc się na niczym skupić, jakbym próbowała wygrzebać się z bardzo głębokiego rowu, a zewsząd otaczała mnie tylko ziemia. Tyle, że w tym rowie pachniało delikatnie świeżymi kwiatami. Z wysiłkiem otworzyłam oczy, ale zobaczyłam tylko czerń.
- To czarna otchłań? - mruknęłam chcąc usłyszeć swój głos, który był ledwo słyszalny.
- To sufit, kretynko - skomentował jakiś głos.
Zmarszczyłam brwi chcąc wyostrzyć wzrok. Mój widziany obraz poszerzył się i faktycznie teraz było widać, że to sufit. Dostrzegłam też inne rzeczy takie jak pomalowane na ciemno karmelowy kolor ściany. Na wprost mnie znajdowało się wielkie okno zasłonięte jasno brązowymi zasłonami. Zajmowało większą cześć ściany. Przekręciłam głowę w stronę, z której słyszałam głos. O drzwi z ciemnego drewna stał oparty chłopak, który nie mógł mieć o wiele więcej lat niż ja. Wpatrywał się we mnie jasnymi, wesołymi oczami, a uśmiech rozświetlał twarz. Jego jasne, wręcz białe włosy zakrywały czoło i opadały kosmykami na oczy. Ubrany był w białą, luźną koszulą i czarne jeansy
- Co się dzieje? - spytałam zdezorientowana z ulgą słysząc swój normalny głos.
Odkryłam grubą pościel i jakąś ciężką narzutę, aby wstać i rozprostować kości. Opuściłam najpierw nogi na miękki dywan i rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było utrzymywane w ciemnych, ciepłych kolorach. Wielka szafa z ciemnego drewna, a obok podobny kufer. Poczułem jego wzrok, który przesuwa się po całym moim ciele. Zerknęłam ukradkiem na swoje ubranie, jeżeli można to tak w ogóle nazwać. Miałam na sobie brązową koszulę nie sięgającą nawet do kolan. Przejechałam opuszkami palców po szorstkim materiale, wyczuwając jakieś kokardki zapewne majtek. Bielizna na pewno nie była moja, ale dobrze, że przynajmniej nie prześwitywała.
- Idziemy na obiad?
Wzdrygnęłam się, kiedy usłyszałam głos chłopaka blisko mnie. Nim zdążyłam zareagować ciągnął mnie już korytarzem za rękę. Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył na myśl o jedzeniu, a oczy aż się skrzyły. Byłam zbyt zaspana, żeby ogarnąć co się dzieje.
- Czekaj... - Chłopak zatrzymał się raptownie i spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Hmm?
- Możesz mi powiedzieć chociaż gdzie jesteśmy? Jak się tu dostałam? Dlacz...
- Ej dojść pytań! Nie zapamiętam ich wszystkich - bronił się. - Najpierw coś zjemy, a później będą pytania.
Nie czekając na mnie ruszył biegiem przez korytarz. Nie zbyt wiedząc, co robić pobiegłam za nim trzymając jedną ręką koszule, żeby nie podwinęła mi się do góry. Po kilku zakrętach straciłam kompletnie orientacje. Stanęłam, opierając się o ścianę i wyzywając ten głupi labirynt korytarzy. Od podłogi ciągnęło zimno, więc szybko zaczęłam się trząść, a na dodatek mój brzuch domagał się jedzenia. Zsunęłam się po ścianie i oplotłam rękoma podwinięte po szyje nogi. Jakaś część mojego mózgu nadal spała i nawet myślenie przychodziło mi z trudem. Nie potrafiłam teraz wymyślić niczego racjonalnego. Tylko łóżko, ciepłe i miękkie, poduszka pod głowę...
- Mała? Żyjesz... - cichy głos dochodził gdzieś z daleka. Był bardzo przyjemny, ciepły. - I co mam z to...

Całe ramię mi zdrętwiało, więc obróciłam się na drugą stronę. Mimo, iż czułam na sobie ciężar kołdry, która powinna mnie grzać, było mi zimno. Zaswędziało mnie w nosie i kichnęłam. Miałam wrażenie, że pękną mi żebra. Od razu się wybudziłam i podniosłam na łokciach. Wiele jednak nie zobaczyłam, tylko jaką zasłonkę wokół łóżka. Wstałam na nogi i złapałam za skrawek firanki, ale w tym momencie ktoś inny po drugiej stronie zrobił to samo. Zdążyłam tylko zobaczyć szopę czarnych włosów i niebieskie oczy.
- Aaaa! Renifer chce pożreć moje flaki!!! - Chłopak w mgnieniu oka wypadł z pokoju. Nie zbyt wiedząc, co robić wybiegłam z nim wrzeszcząc, żeby się zatrzymał. Ślizgałam się na drewnianej podłodze, ale pędziłam ile sił, żeby tylko go nie zgubić.
- Poczekaj! Jaki renifer, do cholery?!
Z siłą czołgu czarnowłosy wpadł na wielkie drzwi, które pod wpływem siły otworzyły się z hukiem. ,,Goni mnie renifer! Chce zjeść moje flaki!" - darł się jak opętany. Wbiegłam za nim prostu do... kuchni. Stanęłam na białych kafelkach łapiąc łapczywie oddech i omiatając pomieszczenie wzrokiem. Kuchnia była ogromna! Na środku stał wieli stół z jasnego drewna,  a wszędzie wokół były rozmieszczone blaty i kilka lodówek. Zżerała mnie ciekawość, co smacznego może się tam znajdować. Naleśniki, placki ze śmietaną i cukrem i....
- Idź precz reniferze! - wrzasnął chłopak wyciągając z szafki sznurek czosnku. - Nie dostaniesz moich flaków i nie pozwolę ci wypić moich zwłok!
- Czekaj, o czym ty gadasz? W ogóle czosnek nie jest na na wampiry? - spytałam i usłyszałam pisk. Spod stołu zaczął wychodzić chłopak, którego zgubiłam wcześniej. Jego białe włosy spłaszczyły się od blatu stołu.
- To zmartchwywstały renifer jedzący flaki! - wydarł się i podbiegł do czarnowłosego. Po drodze zgarnął patelnie z kuchenki i szli teraz wolnym krokiem w moją stronę.
- No co wy... ludzie?
Moja słowa nikły w przestrzeni omijając ich zupełnie. Spokojna i inteligentna rozmowa nie wchodziła w grę, więc powoli zaczęłam się cofać.
- Ej dosyć. Nie mamy ubezpieczonej kuchni - usłyszałam głos za swoimi plecami.
- A moje życie? - zawołałam odwracając się z wyrzutem. Chłopak przekrzywił lekko głowę zastanawiając się.
- Hmm no tak twoje życie też coś tam znaczy, ale wiesz ile poszło na kuchnie?
- Dobra. - Wzięłam głęboki wdech i cofnęłam się o krok do tyłu, żeby móc spojrzeć na nich wszystkich razem. - Niech ktoś mi z łaski swojej powie, co się tu dzieje i gdzie ja w ogóle jestem.
- Jaka wymagająca - mruknął białowłosy, ale zaraz uśmiechnął się szeroko i potrząsnął białymi włosami. - Jestem Luck - a po chwili dodał: - i nie lubię reniferów jedzących flaki.
- Teraz moja kolej! Moja! - zawołał czarnowłosy wymachując w powietrzu patelnią. Wyciągnął w moją stronę dłoń, którą lekko ścisnęłam. - Jestem Neit. Lubie koty i kolor...
- Może od razu pesel jej podaj i numer konta- wtrącił się pan ,,kuchnia jest ważniejsza od ciebie". Spojrzał na mnie poważnie czarnymi oczami. - Jestem Keith. Miło nam cie gościć - powiedział i ukłonił się przyciągając jedną rękę do brzucha, a brązowe włosy zasłoniły całkowicie jego twarz. Zbił mnie tym z tropu i nie miałam pojęcia, co mam zrobić.
- Eee cześć - odezwałam się w końcu zakłopotana.- Może ktoś mi powie gdzie jestem?
- Luck, zrób kolacje, a je jej wszystko wytłumaczę - mruknął Keith i wyszedł z kuchni. Po chwili zrównałam z nim krok i szliśmy w ciszy przez korytarz.
- To... - próbowałam zacząć rozmowę. - O co chodziło z tym reniferem?
- Masz czerwony nos, jak renifer - powiedział, marszcząc czoło. - Obudziłaś się kilka godzin wcześniej, a już jesteś chora.
Spojrzałam na niego nie będąc pewna, czy aby nie żartuje. Co prawda nie czułam się najlepiej i miałam katar, więc może mój czerwony nos był skutkiem zwykłego przeziębienia. Ale żeby brać mnie za renifera? Korytarz rozszerzył się, kiedy doszliśmy do końca. Naprzeciwko nas stały ogromne, otwarte na roścież drzwi, nawet większe niż te od kuchni. W sumie to nie ma, co się dziwić. Sam sufit miał z siedem metrów wysokości. Weszłam do środka zaraz za Keithem, który jak na złość nic nie chciał mówić, a miałam masę pytań. Minęliśmy długi stół z ozdobnymi krzesłami i przykuwający wzrok fotel, który pełnił funkcję czegoś na kształt tronu. Stał odrobinę wyżej niż inne oraz wyglądał na pozłacany. Przeszliśmy całą ogromną sale, w której znajdowały się tylko ten stół i stanęliśmy przy rzędzie okien, które rozciągały się po całej długiej ścianie.
- Co chcesz wiedzieć? - odezwał się w końcu, spoglądając za okno. Podążyłam za jego wzrokiem i zobaczyłam piękny widok. Niby nic nadzwyczajnego, a Amber zapewne nie była by zachwycona. Przed nami rozciągały się porośnięte trawą góry i łąki, które przesłaniały horyzont. Tylko tyle, ale widok był naprawdę piękny. Trudno było oderwać od niego wzrok.
- Co to za miejsce? - spytałam po dłuższej chwili przypominając sobie o obecności chłopaka. Uśmiechnął się prawie niewidocznie, jakby wiedział o czym przed chwilą myślałam.
- Widzę, że trzeba zacząć od początku. Nic nie wiesz - bardziej stwierdził niż zapytał, ale i tak przytaknęłam głową. - Jesteś w świecie błąkających się, czyli dokładniej ludzi bez serca, których Anubis nie przyjął do siebie tym samym skazując na życie tutaj bez serca. Dzięki jakimś podejrzanym układom z naszym królem Henotem zamiast umrzeć trafiłaś tutaj... żywa - Ostatnie słowo powiedział jakby z niesmakiem.
- Nie miałam z nim, żadnych układów - powiedziałam szybko, ale miałam  wrażenia jakbym zarzekała się zbrodni, a on odwrócił spojrzenie ciemnych oczu od okna i zerknął zaciekawiony na mnie.
- Gdybyś była nikim, to nie ratowałby ci życia. - Zamilkł na chwile po czym znowu się odezwał. -  Miasto rozciąga się daleko z tond i akurat z tego miejsca go nie zobaczysz. Teraz znajdujesz się w prywatnym zamku Henota. I od razu mówię, że jest ogromny, więc nie łaź bez celi, bo znowu się zgubisz.
- Zgubie...? - powtórzyłam. - Kto mnie wtedy znalazł? Słyszałam jakiś męski głos.
- Hiroki. Na twoje szczęście miał niedaleko pokoju, do którego cie zabrał.
- Oh - powiedziałam tylko. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.
- Henota obecnie nie ma, więc musisz poczekać aż przybędzie, więc pewnie trochę tu posiedzisz.
- Ale ja chce wrócić... - mruknęłam, czując się przytłoczona i zagubiona.
- Patricio nie masz gdzie - powiedział cicho, ale jakoś nie mogłam zrozumieć o co mu chodzi. - Żyjesz, ale tylko dlatego, że jesteś w tym świecie. Uratował ci życie.
- Nigdy nie wrócę do domu?
- Tu jest twój dom. Tak jak i nas wszystkich.
- Ale...
- Posłuchaj, musisz poczekać, aż wróci Henot - oznajmił spokojnie i skierował kroki do wyjścia. - Chodź na kolacje. Neit potrafi świetnie gotować
Szliśmy do kuchni w ciszy. Musiałam wiele przemyśleć, ale nie wiedziałam od czego zacząć, więc po prostu szłam za Keithem przyglądając się ścianą, aby zapamiętać drogę. Kiedy doszliśmy do kuchni od razu zakręciło mnie w nosie. W powietrzu unosiły się różne zapachy, od których swędziało w gardle. Neit stał przy kuchence, a Luck lata po całej kuchni z wyciągniętymi rękoma i zamkniętymi oczami.
- Co ty wyprawiasz Luck? - spytał Keith, obserwując jak chłopak biegnie w naszą stronę obijając się o blaty.
- Nic nie wiedzę! Keith, oślepłem! - wrzeszczał bliski łez. - Widzę tylko czerń! Oślepłem!
- To może otwórz oczy? - zaproponowałam, kiedy chłopak omal na nas nie wpadł i walnął prosto w ścianę.
- O... Otworzyć oczy? - powtórzył i wstał otwierając oczy. Zamrugał kilka razu i spojrzał na mnie jasnymi, brązowymi oczami. - Ja... Ja widzę!
Z impetem chłopak wpadł na mnie i wyściskał. Po chwili zainterweniował Keith, odklejając go ode mnie. Kiedy w miarę już wszyscy się ogarnęli, a jedzenie wylądowało na talerzach zasiedliśmy do kolacji. Mimo, iż stół był dojść duży i długi wszyscy skupili się wokół siebie. Luck szybko przytargał moje krzesło, kiedy usiadłam odrobinę dalej od nich. Wylądowałam pomiędzy białowłosym, a Neitem, z którego był naprawdę dobry kucharz. Na przeciwko mnie siedział Keith, co chwile zerkając na puste krzesło obok.
- Czekamy na kogoś jeszcze? - zwróciłam się do Keitha.
- Zawsze przygotowujemy jeszcze jedzenie dla Hirokiego, ale on nie przychodzi - odpowiedział mi Luck wskazując nożem puste krzesło. - W sumie, to rzadko go w ogóle widujemy.
- Dlaczego?
- Był tu pierwszy - odpowiedział Keith poważnym głosem. - Przez kilkanaście lat mieszkał tutaj zupełnie sam. Ponoć nigdy nie przekroczył obszaru tego zamku. Jest prawą ręką Henota, ale on rzadko tu bywa. Pojawia się raz lub więcej na miesiąc. Hiroki chyba po prostu przyzwyczaił się do samotności.
- Keith robił za przewodnik i opiekuna, kiedy tutaj trafiliśmy - wtrącił czarnowłosy wskazując głową Lucka. - Wiesz, było nam trudno, więc rozumiemy, jak się musisz teraz czuć. Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy tutaj we dwóch w tym samym czasie.
- Jesteśmy braćmi - dodał Luck, szczerząc się jak głupi do Neita.
- Oh - wymamrotałam tylko nie wiedząc co powiedzieć. Hiroki musiał być bardzo samotny, żyć przez tyle lat samemu. Tylko, że przynajmniej nikt mu nie przeszkadzał, był panem samego siebie. Jakaś cząstka mnie też tego pragnęła. - Czekaj, to ile ona ma lat?
- Dwadzieścia - odezwał się Neit skubiąc widelcem sałatkę. - Nie starzejemy się tutaj, bo przecież my w sumie nie żyjemy.
-No tak.
Nie chciałam drążyć tego tematu. Wydawał mi się bardzo osobisty i krępujący, a przecież moje serce wciąż biło. Może nie tak jak kiedyś, bo wolniej, ale biło. Cisza przy stole nie trwała długo. Luck i Neit przekrzykiwali się przez co, że siedziałam między nimi, moje uszy dotkliwie cierpiały. Miałam masę pytań, ale moje zmęczenie wygrywało.

Oparłam czoło o szybę okna. Ciemność przysłoniła cały świat za oknem. Mimo, iż nie widziałam za oknem chmur, to gwiazd również nie było widać. Po kolacji Luck odprowadził mnie do swojego pokoju, który w pełni przypadł mi do gustu. Był dojść duży, ale przytulny. Zamiast żyrandola paliły się świeczki, które dawały przyjemny półmrok. Ciemnie kolory zawsze mi pasowały, jednak w tym momencie czułam się strasznie samotna. Zastanawiałam się, co robią mieszkańcy Anubisa w tym Eddie. Jak wytłumaczą moje zniknięcie? Im dalej zagłębiałam się swoje myśli tym bardziej bolała mnie głowa, aż natrafiłam na barierę, która jak mur oddzielała moje myśli od przeszłości. Może to co się stało to dar? Nowe życie, które powinnam wykorzystać. Otworzyłam oczy zdając sobie sprawę, że jakaś część mnie już... nie chce wracać do tamtego świata.
- Czy to jest wolność? - spytałam cicho samą siebie, a szyba zaparowała od mojego oddechu. Palcem namalowałam na niej koślawą owieczkę. - Czy bycie samemu jest właśnie wolnością?

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział 37

- To co chcesz obejrzeć? - spytałem Anny, zerkając na laptopa.
- Co chcesz Eddie - odpowiedziała cicho, nawet nie patrząc w moją stronę. Wzrok miała utkwiony w podłodze.
Westchnąłem  i dalej przeszukiwałem listę filmów w celu znalezienia czegoś interesującego. Dziewczyna zachowywała się dziwnie od wyjazdu Patrici z domu Anubisa. Unikała mojego wzorku i trzymała dystans, jednak mimo to, nadal do mnie przychodziła. Zerknąłem ponownie na małą szarą kropeczkę przy imieniu mojej byłej dziewczyny. Za każdym razem liczyłem, że zapali się ona i napisze coś. Cokolwiek. Były to jednak złudne nadzieje. Bez niej  było tak przerażająco pusto. Starałem się na wszystkie sposoby zająć sobie czas i myśli. Każde wspomnienia z nią związane były bolesne i poszerzały pustkę. Zacząłem nawet grać z Fabienem w szachy, aby tylko się czymś zająć. ,,To była jej decyzja" - pomyślałem ponownie. Ostatnio często, to sobie powtarzałem. Może była to kwestia poczucia winy, że nawet nie wiedziałem o jej wyjeździe? Wyszła i nie wróciła. Nawet nie zabrała swoich rzeczy, nie pożegnała się. Ze mną. Dopiero na drugi dzień przy śniadaniu Trudy powiadomiła nas o jej wyjeździe. Nie potrzebnie tylko czekałem na nią całą noc i martwiłem się.
- Cholera - mruknąłem, zdając sobie sprawę, że znowu o niej myślę.
- Co jest? - odezwała się w końcu Anna zerkając na mnie.
- Nie, nic - zapewniłem szybko.
- Myślisz o jej wyjeździe prawda? - Nie odpowiedziałem. - Nie uważasz, że to takie nagłe? Wiesz, wychodzi z domu i znika. Trochę jak porwanie, albo jakby coś się jej stało - mówiła niepewnie z wyczuwalną udręką w głosie.
Chciałem coś powiedzieć, ale musiałem przyznać, że trafiła idealnie. Na wszystkie sposoby chciałem odrzucić od siebie tę myśl. Przecież gdyby coś się jej stało, to kompletnie bym się załamał. Kochałem ją. Nadal i pomimo tego wszystkiego, co przeszliśmy. Nie miałem pojęcia jak można kochać i nie chcieć z kimś być. To głupie.
- Przepraszam Eddie - wyjąkała przez łzy Anna.
Spojrzałem na nią zaskoczony. Po jej bladych policzkach spływały pojedyncze łzy. Dziwiłem się, że w ogóle ona sama bierze pod uwagę taką możliwość. Nie ukrywajmy, Anna jej nie lubiła.
- Daj spokój. Pewnie miała mnie dojść i wyjechała - powiedziałem z wymuszonym uśmiechem.
Przysunąłem się do dziewczyny i objąłem ją. Kiedy tylko to zrobiłem rozpłakała się jeszcze bardziej. Nie spodziewałem się, że akurat ona będzie, aż tak przeżywać jej odejście.



Czy możne nam brakować czegoś, co mieliśmy tak krótko? Zastanawiam się nad tym od dwóch miesięcy, od kiedy to się stało. Niby nic się nie zmieniło. Chodzę do szkoły, a później akademik. Nigdy nie lubiłem monotonności, która właśnie teraz mnie dopadła. Ludzie wokół denerwują mnie jeszcze bardziej niż zawsze. Uśmiechają się do siebie nawzajem, a w oczach mają wypisaną pogardę, fałszywość. Kroczyli za sobą, jak owce na rzeź. Ja nie chciałem za nimi ślepo podążać. Nie obchodziły mnie problemy tego świata.
- Co ty tu jeszcze robisz Sano? Jest już po dzwonku! - Głos dyrektora rozniósł się po korytarzu. Przełożył do drugiej ręki jakieś stos papierów i minął mnie wskazując palcem klasę. - No już, idź.
Nie czekając, czy aby na pewno pójdę, dyrektor minął mnie szybkim krokiem. Stałem przez chwile w miejscu patrząc na drzwi wejściowe, w których zniknął. Spojrzałem za okno. Ciepłe promienie słońca wpadały przez nieskazitelnie czyste szyby. Kiedy stanęło się na wprost można było zauważyć, że biały parapet jest lekko krzywy z prawej strony. Wiele razy waliłem w niego głową, kiedy ciepły głos budził mnie z drzemki.
- Co ja ci mówiłam o spaniu pod parapetem? Czy ty nie masz łóżka? - wybudził mnie wesoły głos. Słyszałem, jak ciężkie krople deszczu uderzają o szybę i jej lekkie kroki. 
- Nie, nie mam, Patrico. Jakiś ociężały hokeista na nim śpi - mruknąłem do dziewczyny, która kucnęła obok mnie.  
- Trafili ci się naprawdę paskudni współlokatorzy. Nie zmienia to jednak faktu, że nie możesz spać pod parapetem i unikać co tydzień lekcji z Korkiem. 
- Oj daj spokój. Nie dość, że koleś ma dziwne nazwisko, to jeszcze uczy chemii. Nie cierpię jej.
-  Przesadzasz, to miły gość. - Westchnęła i wstała wyciągając w moim kierunku dłoń. - Chodź na lekcje. Sweet zaraz będzie szedł i znowu będzie się sapał, że nie jesteś na lekcji. 
- Gdyby była pogoda, to poszlibyśmy na spacer - powiedziałem zrezygnowany. Miałem już po dziurki w nosie tej ponurej pogody. - Nie chce mi się tutaj siedzieć i patrzeć na tych ludzi.
- Po prostu jesteś aspołeczny - wytknęła mi, unosząc lekko kąciki ust. 
- A ty to co?
- Nie ważne. - Zsunęła torbę z ramienia i usiadła ze skrzyżowanymi nogami na przeciwko mnie pod parapetem. - Jak podoba ci się szkoła?
- Jedynym plusem jest duża przestrzeń. Mam gdzie biegać. 
- No tak i wałęsać się jak pedofil po lasie w nocy - zaśmiała się cicho. 
- A co ty robiłaś w lesie? - spytałem, unosząc jedną brew do góry. - Też jesteś pedofilem.
- Ja? - zdziwiła się i obrzuciła oburzonym spojrzeniem. - Szukałam jednorożców - powiedziała i wytknęła mi język, jak małe dziecko. - Willow uważa, że jak dziewica pójdzie w nocy do lasu i położy się na trawie w świetle księżyca, to jednorożec przyjdzie do niej poleżeć na kolana...
Przestała mówić widząc moje spojrzenie. Nie byłem pewien, czy mam puknąć ją w głowę, czy przestać się hamować i wybuchnąć śmiechem. Patt spojrzała na mnie pytająco, choć raczej doskonale wiedziała o co mi chodzi. 
- Willow, to ta w czarnych włosach? - spytałem. Czasami bywałem w Anubisie, ale rozmawiałem tylko z nią i moim bratem. 
- Nie,nie - zaprzeczyła szybko. - To Mara, ona nie wierzy w jednorożce. 
- Jedyna mądra - mruknąłem. 
- Ej słyszałam to! 
- Miałaś słyszeć. 
- Cham - stwierdziła odwracając teatralnie głowę  w bok omal nie waląc w ścianę. Trwała przez chwile w takiej pozycji. 
- I jak ci się ogląda ścianę? - spytałem. 
- Bardzo dobrze. Jest taka prosta i ...
W tym samym momencie spojrzeliśmy na korytarz. Kroki dyrektora niosły się po całym korytarzu. Tylko jego buty wydawały taki śmieszny dźwięk, kiedy chodził. Podniosłem się szybko, chwytając w rękę torbę i waląc się głową w parapet od spodu. Jęknąłem cicho i spiorunowałem wzrokiem Patricie, która nie próbowała ukryć śmiechu i wytarmosiła mi włosy. 
- Śmieszny z ciebie pedofil - ledwo powiedziała nie przestając się śmiać. 
Złapałem ją za nadgarstek i wybiegliśmy ze szkoły nim dyrektor zdążył wyjść zza zakrętu. 

Przyłożyłem dłoń do głowy i jakaś mała część mnie chciała poczuć jej drobne palce na swoich włosach. Nie mogłem zrozumieć tej potrzeby, a już na pewno nie chciałam jej odczuwać.
- Sano! Miałeś iść na lekcję - wrzasnął dyrektor wchodząc z powrotem do szkoły, a raczej wbiegając i wyrywając mnie z rozmyślań. Miałem ochotę mu za to podziękować. - Już mi do klasy, bo wyszorujesz wszystkie podłogi w szkole szczoteczką do zębów.
- Ludzie, jaki pan jest irytujący - mruknąłem przez co zostałem obdarowany piorunującym spojrzeniem, której bardziej mnie śmieszyło. - Idę już, idę.
Zniknąłem za najbliższym zakrętem i stanąłem opierając się o ścianę. Nie miałem najmniejszego zamiaru iść na lekcje tej głupiej chemii. Nie daleko mnie znajdował się gabinet Sweeta. Dyrektorek wszedł tam i równie szybko wyszedł trzymając przy uchu telefon, którego najwidoczniej zapomniał. Nagle tupnął nogą, przeklął i zatrzymał się w połowie korytarza do wyjścia. Wychyliłem się zza ściany, aby sprawdzić co się stało.
- Nie rozumiem w czym widzisz problem, Victorze - mówił z irytacją do słuchawki. - Williamson nie żyje, więc nie odzyska wspomnień. Nikt się już nie dowie prawdy. - Zamilkł na chwile wsłuchując się zapewne w słowa rozmówcy. - Posłuchaj, wiem że ci na niej zależało, ale nie mogłeś nic zrobić. Jej śmierć nie jest ani dobra ani zła. Jeżeli chcesz, to możesz zwalić to na przeznaczenie. Zresztą gdziekolwiek teraz przebywa, to jest jej na pewno lepiej niż tutaj. - Znowu zamilkł na chwile i westchnął ciężko. - Możesz to...
Drzwi wejściowe do szkoły zamknęły się za nim z trzaskiem, a jego głos zniknął po drugiej stronie. Na korytarzu zapanowała wręcz irytująca cisza. Oparłem głowę o ścianę próbując wszystko sobie poukładać. Jeżeli Victor naprawdę nie chciał jej śmierci, to może wiedziałby kto jej chciał i powiedział mi. ,,Więc teraz do pana Rodenmara w odwiedziny" - powiedziałem do siebie i ruszyłem do wyjścia. Miałem nadzieję, że gospodyni domu Anubisa wiedziała gdzie mogę go zastać. Gdzieś w połowie drogi do Anubisa zauważyłem idącą parę. Anna co kilka sekund spoglądała niepewnie na blondyna. Eddie zdawał się tego nie zauważać. Po wyjeździe Williamson chodził zawsze wesoły, jakby chciał każdemu udowodnić, że nie obchodzi go jej wyjazd. Ostatnio jednak coraz częściej można było zobaczyć go samego. Byłem ciekaw, kiedy pęknie i przyzna się przed samym sobą, że za nią tęskni. Chyba każdy to widział, ale on uparcie twierdził inaczej. Zresztą to nie moja sprawa. W ogóle, czy w tej szkole nikt nie chodzi na lekcje Korka?
- Miller, wiesz gdzie mogę znaleźć waszego dozorce? - spytałem, kiedy przechodzili obok.
- Nie mam pojęcia - odpowiedział zatrzymując się. - Może Trudy będzie wiedziała.
- Pewnie tak. Pójdę do niej.
Chłopak przytaknął głową i poszedł dalej. Nie przepadałem za nim już wcześniej, a teraz moja niechęć się pogłębiła. Miał przy sobie świetną dziewczynę, a wybrał jakąś małą, czarną wiedźmę. Trudno było mi się w to nie mieszać. Najchętniej wszystko bym mu wygarnął.

- Ja rozumiem, że ten cały Eddie nie jest tak piękny jak ja, ale nie musisz się z tego powodu tak w niego wpatrywać. - powiedziałem i przysiadłem się do siedzącej na przerwie w auli Williamson. Uśmiechnąłem się, a po chwili na jest zamyślonej twarzy również pojawił się lekki uśmiech. Nie koniecznie szło jej maskowanie smutku. - Co jest? Zabić debila? - spytałem zerkając znacząco na blondyna. 
- Nie ma co zawracać sobie nim głowy - mruknęła bardziej do siebie. - Eh jestem beznadziejna. Jak tak dalej pójdzie, to nigdy już nie będę miała chłopaka. - Zaśmiała się, choć nadal nie spuszczała wzroku z Eddiego, który podpierał z Anną ścianę. Co jakiś czas on również zerkał w stronę szatynki, ale ona wtedy szybko odwracała wzrok. 
- Co za dziecinada - skomentowałem, kiedy znowu raptownie odwróciła wzrok w moją stronę.
- Nie drąż tematu - powiedziała szybko, przeczesując drobnymi palcami włosy. 
- Posłuchaj, to nie tak, że żaden chłopak cie nie chce. Po prostu jesteś wyjątkowa. Za wyjątkowa dla tych zwykłych ludzi. Dlatego musisz poczekać na kogoś kto będzie równie wyjątkowy jak ty. 
Na jej ślicznej twarzy pojawił się uśmiech skierowany wyłącznie do mnie. Nie umknęły mojej uwadze również lekkie rumieńce na policzkach. To było takie nie w jej stylu, że aż sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu. 
- Dziękuje Sano - powiedziała i pocałowała mnie w policzek. Miała ciepłe i miękkie usta, których nie da się zapomnieć. 

Miałem ochotę walnąć głową w ścianę, ale na swoje szczęście żadnej tutaj nie było. No chyba, że w drzewo. Dziwnie by to jednak wyglądało. Nie chciałem o niej myśleć, a ciągle krążyła mi po głowie. Dla mnie nie była osobą wyjątkową. Ona po prostu była i już. Od mojego pierwszego przyjazdu tutaj, a teraz kiedy znikła było jakoś pusto. Może mimowolnie, bez mojej zgody stała się moją przyjaciółką? I może właśnie myślenie o niej poprowadziło mnie prosto do krypty. Jakbym wiedział, co mam robić wszedłem do środa całkowicie pewny swojej decyzji. Nie obchodziło mnie, że to nie ją powinienem chronić. W środku było o wiele chłodniej niż na zewnątrz, a ostre promienie słońca nie męczyły bezlitośnie oczu. Usiadłem na podłodze opierając się plecami o zakurzoną ścianę. Wyczekująco wpatrywałem się przed siebie. Nie mogłem powstrzymać nikłego uśmiechu, który pojawił się na mojej twarzy.
- Jesteś tego pewien? - odezwał się męski głos po kilkunastu minutach.
- Tak - odpowiedziałem krótko, ale po chwili dodałem. - Proszę, pozwól mi chociaż spróbować zawalczyć o jej duszę. Ty już miałeś swoją szansę, więc teraz moja kolej, jako kolejnego strażnika Zguby Anubisa.
- Tam jest inaczej....
- I tak nie pasuje do tego świata.
Ciemna postać wpadła na mnie, jak dzikie zwierze na ofiarę. Poczułem jak zapadam się w podłogę, a później w mokrą ziemie. Tlen przestał docierać do płuc, ale nie dusiłem się. Wszystko wokół mnie wirowało, a ja zapadałem się z ogromną szybkością w dół. Jakbym chciał dokopać się do samego jądra ziemi. Był to niekończący się wir.

piątek, 8 listopada 2013

Rozdział 36

Nie czekałam długo. Nie minęła minuta, a do łazienki gwałtownie zapukał chłopak. Kręciłam kilka razy gałką nim udało mi się otworzyć drzwi. Eddie nie pytał o co chodzi. Po prostu wszedł do środka, zamknął drzwi i objął mnie, a ja jak skończona kretynka schowałam twarz w jego białej koszulce. Nigdy w życiu nie czułam się tak żałośnie. Cała moja duma uleciała w jednej chwili.
- Przepraszam, że zadzwoniłam - powiedziałam cicho, bo miałam wrażenie, że zawracam mu tylko głowę.
- Jejku Pat. Nie przepraszaj mnie za takie rzeczy. Cieszę się, że zadzwoniłaś.
- Czuje się przy tobie żałośnie - wyznałam nim zdążyłam się powstrzymać.
- Nie masz do tego powodu - powiedział uspokajająco i przeczesał moje włosy palcami. - Powiesz mi co się stało?
- Ja... Nie mogłam znaleźć długopisu - powiedziałam pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Wiedziałam, że mi nie uwierzył, ale nie drążył tematu. Widząc, że nadal się trochę trzęsę zabrał mnie do pokoju. Była pora kolacji, więc nikogo nie było. Zresztą cały dzień w tym pokoju byłam tylko ja. Usiadłam na swoim łóżku, opierając plecami o ścianę i przyciągając nogi do siebie. Opatuliłam się kołdrą i patrzyłam jak Eddie podnosi z ziemi półkę, a później siada obok łóżka na podłodze.
- Idź na kolację - powiedziałam, a chłopak odwrócił w moją stronę głowę i uśmiechnął się.
- Nie zostawię cie.
Westchnęłam chcąc pokazać mu swoją frustracje, ale on tylko uniósł kpiąco brew i dalej siedział w miejscu. Było zimono, a za oknem nadal padał deszcz. Widziałam na jego skórze ciarki. Jego głowa powoli przechylała się w dół, jakby miał zaraz zasnąć, albo już spał. Odkryłam się i wstała z łóżka. Usiadłam na ziemi obok niego i sięgnęłam po kołdrę. Przykryłam nią siebie i chłopaka opierając głowę na jego ramieniu i wsłuchując w jego spokojny oddech. Był dla mnie jak błogosławieństwo.

- Ej wstawajcie - powtarzał ciągle dobrze znany mi głos.
- Joy, co jest? - spytałam zaspana.
- Śniadanie już jest. Poza tym nie mogę dostać się do szafki.
Słyszałam jak po chwili odchodzi i zamyka drzwi. Otworzyłam oczy. Chwile zajęło mi przyzwyczajenie się do ostrych promienie słońca wpadających przez okno. Było mi bardzo ciepło, jakbym spała przytulona go grzejnika, a na dodatek ten grzejnik mnie obejmuje. Tylko od kiedy grzejnik obejmuje? I dlaczego śpię na podłodze. Zamrugałam kilka razy chcąc odpędzić sen. Spojrzałam na prawo, prosto na twarz Eddiego i jego potargane włosy. Opuszkami palców pogładziłam jego policzek.
- Eddie, wstawaj - powiedziałam cicho, mając małą nadzieję, że nie obudzi się i zostanie ze mną.
Niestety po chwili otworzył swoje brązowe oczy i uśmiechnął się do mnie.
- Nie chce wstawać - oznajmił i przysunął się bliżej mnie. - Chce z tobą tak leżeć cały dzień.
- Pech. Wypad!
- Co innego mówisz, a co innego widzę w twoich oczach.
- Na filozofa ci się zebrało - burknęłam i wstałam szybko. - Jesteś idiotą.
Spałam we wczorajszym ubraniu, tak jak Eddie, który powoli gramolił się na nogi. Chętnie bym z nim jeszcze poleżała.
- Pogadamy po śniadaniu, więc nie uciekaj, dobra?
- Nie obiecuje - powiedziałam obojętnie. Cokolwiek mnie wczoraj wzięło już minęło. - Nie jesteś godzien mojego czekania.
- Ludzie, jak kobieta w ciąży - powiedział, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Co za humorki.
- Wynocha z pokoju. Idź do Luciana.
- Zazdrosna o Luciana? - spytał z uśmiechem.
- Mam być zazdrosna o nietoperza wiszącego w windzie, której nawet nie mam? Taa jasne.
- Wiedziałem!
- Jaki z ciebie kretyn.
- A ty jak zwykle dużo gadasz.
- Widocznie lubię.
- Ale zlutuj się nade mną.
- Nikt nie każde ci ze mną siedzieć.
- Eh zwariować można.
- Nienawidzę cie - warknęłam zirytowana.
- Też cie kocham - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Serio myślisz, że jestem taka głupia, żeby w to uwierzyć? Więc dlaczego jesteś z Anna?
- Właśnie - powiedział damski głos zza pleców Eddiego.
Anna stała w drzwiach i z uniesioną brwią przyglądała się nam. Sądząc po grymasie niezadowolenia na twarzy raczej nie była szczęśliwa. Ale co się dziwić? Jej chłopak łazi ciągle za mną i wyznaje mi miłość.
- Nie przejmuj się Anna, on żartuje - powiedziałam mijając zakłopotanego blondyna. - On nigdy mnie nie kochał i nie kocha. Kompletnie mu na mnie nie zależy, ale za to uwielbia się mną bawić. Jestem parszywym dupkiem i nie wierze, że mogłam z nim kiedykolwiek być.
- Patricia... - zaczął Eddie, ale przerwałam mu szybko.
- Zapomnij o wczoraj. Miałam kiepski dzień i tyle.
- Zdradziłeś mnie z nią wczoraj?! - krzyknęła Anna. Na jej twarzy odbijało się zdziwienie. Nie wiedziała, co się dzieje.
- Nie - odpowiedziałam jej. - Pomagał mi tylko wczoraj szukać długopisu, który pożarła szafa. Poza tym przecież Eddie cie kocha, więc nigdy by cie nie zdradził - dodałam mijając ją. - No chyba, że z nieistniejącym nietoperzem w windzie.
Wyszłam z pokoju nie oglądając się na nich. Nie miałam powodów, żeby nastawiać Anne przeciwko niemu, a przecież byłoby to w tej chwili wyjątkowo łatwe. Tak bardzo chciałam ją nie lubić, ale nie miałam powodów. Związała się z Eddie, kiedy ja już z nim nie byłam i nie mogę ją winić za to, że jest zazdrosna. Tylko dlaczego ten kretyn musi ją zwodzić. Niech z nią będzie, albo nie robi głupich nadziei. Nienawidziłam go i siebie za tą wczorajszą chwile słabości. Czułam obrzydzenie do swojej osoby.
Bojowo nastawiona poszłam prostu do pokoju Jeroma i Alfiego. Ten pierwszy właśnie wychodził z niego idąc pewnie na śniadanie, na którym już prawie wszyscy byli. Wciągnęłam chłopaka z powrotem do pokoju i zatrzasnęłam drzwi.
- Co ty odwalasz?! - Krzyknęłam, nie chcąc tracić animuszu.
- Głody jestem! - Bronił się. - Mam cie prosić, czy mogę iść na śniadanie?
- Nie o to chodzi, idioto! Mam na myśli wczorajszą akcję.
- Aaa chcesz kontynuować. - Jerome spojrzał na mnie spod czupryny z małym uśmieszkiem.
- Jesteś z Joy, Joy, Joy - powtarzałam, licząc że wbije mu to do łba. - Co cie napadło? - spytałam już spokojnie, wiedząc, że wrzaskami nigdzie nie zajdziemy. Usiadłam na jego łóżku, a on stał obok mnie.
- Wiesz, nie odsunęłaś się. Poza tym z Joy nie mogę się tak świetnie bawić.
- Jerome... To moja przyjaciółka - przypomniałam mu i niedosłyszalnie westchnęłam.
- Tak? To powiedz mi gdzie ona jest. Czy interesuje się, co u ciebie? - Pokręcił przecząco głową nie oczekując mojej odpowiedzi. - Nie. To nie jest przyjaźń.
- O co ci chodzi?
- Próbujesz zgrywać niedostępną i trzymać wszystkich na dystans. Grasz osobę, która dba tylko o siebie, a tak naprawdę jest inaczej. Choć tego nie okazujesz zawsze przejmujesz się innymi zamiast sobą.
- Na łeb ci padło? - spytałam.
Przeczesał palcami włosy i usiadł obok mnie, obejmując ramieniem.
- Gdybyśmy to my byli razem, to nie byłoby tylu problemów.
- Insynuujesz coś? - Zerknęłam na niego nie mogąc powstrzymać unoszących się kącików ust w uśmiechu.
- Ja? - Udawał zdziwionego. - Uśmiechnęłaś się, a to mi wystarczy.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Nie mogłam przyjąć do świadomości, że ktoś by mógł się o mnie troszczyć, martwić. Mimo wszystko zrobiło mi się ciepło na sercu.
- Dlaczego ci na tym zależy? - odezwałam się w końcu.
- Dlaczego? - Zastanowił się. - Lubie jak się uśmiechasz. Uwielbiam cie z tamtych czasów, kiedy kradliśmy krasnale z ogródka obcych ludzi.
Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Niektóre krasnale były przerażające. Szczególnie, kiedy było ciemno, a ich czerwone ślepia wpatrywały się tępo w przestrzeń.
- Oj Jerome. - Pokręciłam głową. - Lepiej pilnuj Joy, bo utnę ci łeb i wrzucę do rzeki, jak jej coś zrobisz.
- Moja kochana Patunia - mruknął.
Zaśmiał się, a jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Po chwili poszliśmy na śniadanie. Kiedy wchodziliśmy do jadalnie moją uwagę przykuł Alfie. Stał na oparciu kanapy i dłońmi trzymał sufit, jakby miał zaraz spaść mu na głowę. Jego wyciągnięty język był przyklejony na taśmę do sufitu.
- Co robi Alfie? - spytałam, siadając na swoje miejsce.
- Uznał, że skoro nietoperz Lucian może wisieć na języku w windzie, to one też może. A skoro nie ma windy, wisi na suficie - wytłumaczyła Mara, sceptycznie spoglądając na Lewisa.
- Myślałam, że trzyma sufit - pożaliła się Willow. - Albo go liże.
Śniadanie długo się ciągnęło. Nie było szkoły, więc nikomu się nie śpieszyło. Czułam na sobie spojrzenie Eddie, które dosadnie mówiło ,,siedź w miejscu, pogadamy po śniadaniu". Przewróciłam oczami i wstałam od stołu. Szybkim krokiem wyszłam z domu. Nie było gorąco, ale też nie tak zimno jak wczoraj. W cieniu, gdzie promienie słońca nie dosięgały, trawa wciąż była lekko mokra przez co błyszczała się z daleka. Zwolniłam tępa i spokojnie szłam w głąb lasu oddychając świeżym powietrzem.


Z perspektywy Eddiego
Patricia zmyła się od razu po śniadaniu, ignorując moją prośbę. Trudno było się z nią dogadać, kiedy nawet nie chciała ze mną rozmawiać. Pozostało mi zająć się czymś w pokoju czekając, aż wróci. Nie wiem skąd mi się wzięło, to pilnowanie jej. Może trochę się bałem, że jak spuszczę ją z oczu, to już nie wróci? To było jak przeczucie. Anna weszła do pokoju. Zupełnie zapomniałem o jej istnieniu. Usiadła na łóżku obok mnie i pocałowała w policzek podając herbatę.
- Dzięki - powiedziałem przyjmując kubek. - Jak tam smoki? - spytałem, chcąc przerwać ciszę.
- Wysłałam je na wyprawę po czarne jagody potrzebne do eliksiru - odpowiedziała z uśmiechem, choć w jej głosie można było dosłyszeć smutek.
- Coś się stało? - spytałem.
- Nieee... Albo tak, chociaż może nie - jąkała się, przeczesując nerwowo czarne włosy.
- Mam trzy odpowiedzi do wyboru. - Uśmiechnąłem się przyjaźnie. - Mam wybrać?
- Przepraszam - wyszeptała i spojrzała w końcu na mnie. - Nie oczekuje, że będziesz mnie od razu kochał, ale chce wiedzieć, czy przynajmniej ci na mnie zależy.
Wpatrywałem się w nią jak głupi. Zdawałem sobie sprawę, że jej nie kocham, ale ciąglę liczyłem na zmianę w tym aspekcie. Anna była świetną dziewczyną, jednak mimo to nie potrafiłem jej pokochać. Może potrzebowałem jeszcze na to czasu?
- Oczywiście, że zależy - powiedziałem szybko, choć bez przekonania, którego nie mogłem z siebie wydusić.
- To zabrzmiało, jakbyś się przyznawał do morderstwa - zauważyła z uśmiechem na twarzy. - Wiesz, pójdę już, bo jeżeli tu zostanę prawdopodobnie ze mną zerwiesz, a ja tego nie chce.
Minęła się w drzwiach z Fabianem, który właśnie wchodził. Chłopak spojrzał na mnie pytająco. Przyzwyczaił się, że Anna siedzi tu zazwyczaj do późna.
- Wyszła, bo nie chciała, żebym z nią zerwał - wytłumaczyłem powoli, sam zastanawiając się nad jej słowami.
- Eh to kobieca logika, Eddie. Nie przejmuj się - powiedział wygrzebując spod pościeli laptopa.
- Alfie nadal udaje nietoperza? - spytałem, przyglądając się poczynaniom przyjaciela.
- Niestety. Skąd żeś w ogóle wytrzasnął tego nietoperza wiszącego na języku w windzie?
- Musiałem mieć jakąś wymówkę, żeby iść do Patrici - powiedziałem, jakby to było oczywiste.
- A od kiedy potrzeba ci wymówka?
- Cholera, kocham ją Fabian - wyznałem nagle. Dużo wysiłku kosztowało mnie przyznanie się do tego przed samym sobą.
- Anne? - Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- No nie! - Zaprotestowałem szybko. - Patricie.
- Serio? - Uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową. - Późno się skapnąłeś.
- Muszę jej to powiedzieć.
- I myślisz, że ci uwierzy? Szczególnie, że jesteś z inną dziewczyną?
- Przekonam ją jakoś - mówiłem z zapałem już myśląc, jak to zrobić.
- Wiesz, jednak dobrze, że Anna uciekła, bo faktycznie byś z nią zerwał - zakpił.
Muzyka dudniła w słuchawkach, ale prawie jej nie słyszałem. Wpatrywałem się w sufit leżąc na łóżku. Myślałem, jak przekonać znowu do siebie Gadułe... i czy na pewno tego chce. Kochać ją i być z nią, to w jej przypadku dwie różne rzeczy. Poza tym nic nie da, że podejdę do niej i powiem ,,Cześć Pat, kocham cie". Zabiłaby mnie, albo najpierw wykrzyczała, że nienawidzi, a później zabiła. Była święcie przekonana, iż tylko nią pogrywam. Nie umiałem dotrzeć do niej, ale miałem jeszcze czas. Muzyka rozbrzmiewała coraz to głośniej. Zmarszczyłem czoło. Spokojna melodia przechodziła w pisk, aż w końcu po moich uszach przebiegł piskliwy wrzask. Zerwałem z uszu słuchawki i rzuciłem nimi o ścianę, omal nie trafiając w Fabiana. Na środku pokoju pojawił się zarys kobiety z dobrze mi znaną porcelanową maską.
- Gdzie Zguba Anubisa? - spytała spokojnie, zerkając to na mnie, to na Fabiana.
- Nie wiemy - powiedziałem wstając.
- To się dowiedzcie - skwitowała i prychnęła. - Tylko szybko.
- A gdzie ci się śpieszy? Jesteś duchem - przypomniałem.
- Jestem Zgubą Anubisa - warknęła, a jej ciemne oczy usadziły mnie w miejscu. - Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, co to znaczy.
Fabian jednym ruchem zgarnął telefon z komody obok. Chwile czegoś szukał, poklikał w klawisze, a już po niecałej minucie odezwała się cicha melodyjka oznaczająca przyjście wiadomości. Rutter zmarszczył brwi przez co na jego czole pojawiła się ledwo widoczna zmarszczka.
- Jest niedaleko krypty Frobishera - powiedział zdziwiony.
- Czekaj, czekaj - wtrąciłem. - Co masz zamiar zrobić? - Zwróciłem się do kobiety.
- Obiecałam wam pomoc i to mam zamiar zrobić - odpowiedziała spokojnie. - Wiecie, co zrobiła pierwsza Zguba Anubisa, kiedy ją przywołałam błagając o pomoc? Pomogła mi, choć na swój własny chory sposób. Ona nie uratowała mnie, ale świat.


Z perspektywy Patrici
Kiedy doszłam słońce padało prosto na kryptę. Wdrapałam się na nią i usiadłam na dachu pokrytym trawą. Po chwili po prostu się położyłam delektując ciepłymi promieniami słońca. Z pozoru było przyjemnie, ale w środku czułam się paskudnie. Może od początku źle, to wszystko rozegrałam? Może lepiej by było gdybym odpuściła i zginęła. Jeżeli już zawsze mam się czuć tak jak teraz, to chyba wolałabym nie żyć. Kiedy już wszystko się ułożyło i Henot dał, przynajmniej chwilowy, spokój to ci musieli wyskoczyć z jakimś przywoływaniem. To wszystko było chore. I nagle zapragnęłam własnej śmierci. Przerażało mnie, to uczucie. Westchnęłam głośno nie otwierając oczu.
- Co tak wzdychasz? - spytała Kara z dołu.
Z niezadowoleniem otworzyłam oczy i podniosłam się. Zerknęłam na dziewczynę, która stała ze splecionymi na piersi rękoma.
- Co jest?
- Wiesz, jak pierwsza Zguba Anubisa pozbyła się drugiej? - Przekrzywiła z niesmakiem głowę. - To wcale nie była pomoc.
- Przejdź do sedna - powiedziałam i zeskoczyłam do niej.
Nie wiem ile czasu tak leżałam, ale słońce zmieniło już swoją pozycję na niebie i zostało przykryte w połowie przez białe, puszyste chmury. Zrobiło się też chłodniej. Widziałam to po lekko zaczerwienionych od ostrego wiatru policzków Kary i dreszczy na skórze. Schowałyśmy się w krypcie. Od kurzu zaczęło drapać mnie w gardle, ale ignorowałam to.
- Przywołaliście Zgubę Anubisa i nie wiecie nawet, co ma w planach? - spytałam rozgoryczona.
- Powiedziała nam, że załatwi sprawę, bo była na naszym miejscu - tłumaczyła. - Również przywołała Zgubę Anubisa szukając pomocy. Była już wtedy bliska popełnienia samobójstwa. Henot doprowadził ją do fatalnego stanu.
- Skąd to wiesz?
- W nocy przyszedł do mnie mężczyzna. Wyglądał jak średniowieczny podróżnik, wojownik. Powiedział mi, jak powstrzymano Henota przed zdobyciem serca i kazał cie ostrzec. Mówił, że nie może do ciebie dotrzeć, bo podświadomie go zablokowałaś.
- Dobra i jak jej się to udało? - spytałam. Od razu wiedziałam, że mężczyzna, o którym mówi Kara, to Lavrei.
Momentalnie zgięłam się w pół. Miliardy małych igieł wbijało się w moją skórę, a przynajmniej tak czułam. Kara upadła na kolana i jęczała jak zranione zwierze. Od razu przypomniał mi się dawny ból, kiedy miałam ochotę ukrócić go śmiercią. Było ono bardo podobne. Trudno było wziąć duży chłyst powietrza, bo nagle stało się ono gęste, jakby można było je pokroić nożem. Otworzyłam oczy, nawet nie zdając sobie sprawy, że z bólu je zamknęłam, i spojrzałam prosto w porcelanową maskę postaci stojącej naprzeciwko mnie. Czarna mgła nadal ją otulała, ale była już bardziej przejrzysta. Jej długa do podłogi złoto żółta suknia błyszczała się. Od pasa w dół miała kształt klosza, ale u góry już się zwężała dokładnie przylegając do szerokich bioder i płaskiego brzucha. Uwydatniała spory biust dekoltem z drobnymi zdobieniami. Nie wyglądała jak potwór, czego w sumie się spodziewałam.
- Byłam wtedy sama w domu - powiedział melodyjny głos. Był bardzo przyjemny, ale z nutką goryczy. - Odcięłam się od świata, a moje myśli bez przerwy kręcił się wokół skończenia tej męki. Gdybym tak zrobiła, to Henot by wygrał i zdobył moje serce. Spróbowałam więc przywołać pierwszą Zgubę Anubisa i zarówno moją poprzedniczkę, której udało się go oszukać. Przyszła do mnie i obiecała pomoc. Zaufałam jej, bo nie miałam nikogo kto by mną wtedy potrząsnął i pomógł dostrzec prawdę. Poszłam do kuchni i wyciągnęłam z szafki duży, kuchenny nóż mojej mamy. Chyba już wiecie, co zrobiłam? Przebiłam nim sobie serce. Na wylot. Dzięki temu zniszczyłam zarówno siebie jak i serce, a Zguba Anubisa zabrała moje ciało z tego świata. Henot potrzebuje całego serca, a ja własnoręcznie je zniszczyłam. - Umilkła na chwile, jakby utonęła we wspomnieniach. - To cały sekret. Jedynym sposobem na wygranie jest zranienie swojego serca.
Ból utrudniał mi myślenie, ale każde jej słowa wbijały się we mnie i tam już zostawały. Szukaliśmy pomocy, a znaleźliśmy kolejny koszmar. Szloch Kary wcale nie ułatwiał sytuacji. Słuchanie go doprowadzało mnie do szaleństwa. Chciałam podejść do niej i zabrać od niej cały ten ból.
- Która z was jest Zgubą Anubisa? - spytała poważnie, jakby również miała już dojść tej sytuacji.
Kara podniosła głowę na kobietę. Otworzyła usta, a kilka łez wślizgnęło się do środka. Nim zdążyła się odezwać zrobiłam krok do przodu i zasłoniłam ją.
- Ja nią jestem - powiedziałam oddychając coraz głośniej. Spojrzałam na Kare i bezgłośnie powiedziałam jej, żeby stąd wyszła.  - Naprawdę nie ma innego sposobu?
- Przykro mi, ale nie.
Kobieta nawet nie drgnęła, ale czułam jak ogromna siła pchnęła mnie do tyłu. Prawym udem nogi uderzyłam w coś twardego. Straciłam równowagę i runęłam do tyłu. Głową walnęłam w jakiś róg. Chciałam przesunąć rękę w prawo, ale natrafiłam na ściankę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że leże w trumnie, w której sam Frobisher udawał własną śmierć. Panka uderzyła do mojej głowy przyprawiając mnie o zawroty. Kilka centymetrów od mojej twarzy pojawiła się maska. Słyszałam niepokojące dźwięki zasuwania czegoś, ale nie mogłam przekręcić głowy. Wysiliłam wzrok i spostrzegłam jak betonowa płyta powoli mnie zakrywa. Szła od stóp w górę.
- Nie możesz nic zrobić - wydusiłam z siebie drżącym głosem. - Ty nie żyjesz.
Pogrzebanie żywcem wcale mi się nie podobało, ale nie mogła mnie zabić. Jej sytuacja przedstawiała się jak Lavreia. Kontaktowała się z innymi, jednak fizycznie nie mogła nic zrobić.
- Wiem, dlatego ściągnęłam tu kogoś - powiedziała i spojrzała wyczekująco na wejście do krypty. Jej ciemne, długie, brązowe włosy opadły na maskę. Chciałam wstać, ale nie byłam zdolna do żadnego ruchu. Wszystko mnie bolało nie pozwalając nawet skupić wzroku. Doskonale jednak poznałam chód i głos osoby, która weszła do środka.
-  W końcu - odezwała się Anna i podeszła do mnie ukazując swoją twarz. Jak zawsze była blada, a czarne włosy okalały policzki. Na iskrzące oczy, szczególnie widoczne w ciemniejszym pomieszczeniu, opadały pojedyncze kosmyki wycieniowanej grzywki.
Na chwile straciłam przytomność, żeby znowu ją odzyskać. Po drugim razie czułam na piersi coś zimnego. Dokładnie gdzie biło moje serce. Może i wolniej, ale wciąż biło. Nie chciałam tego widzieć, więc nie otwierałam oczu. Cierpliwie czekałam, aż nóż przejdzie przez skórę i dojdzie do serca. Byłam ciekawa, czy moje imię już zniknęło z piersi tego człowieka w korytarzach. W głowie słyszałam głos. Był spokojny, jakby chciały ułatwić mi tą sytuacje. Nawet w tym momencie Lavrei mnie nie opuścił. Nie doczekałam się bólu, bo znowu straciłam przytomność i podświadomie wiedziałam, że już jej nie odzyskam.


Narrator
Na zewnątrz, pod rozłożystym drzewem o grubym pniu, siedział chłopak. Zimny wiatr targał czarnymi włosami przez co czasami musiał przeczesać je skostniałymi od chłodu palcami. Ciemne wręcz czarne oczy były skupione na wejściu do krypty. Jego twarz była nieruchoma i wyrażała smutek zmieszany ze złością spowodowaną bezsilnością. Sano wiedział, co dzieje się w środku i wiedział także, że nic z tym nie może zrobić. Za późno się dowiedział. A szkoda, bo polubił tą chodzącą po nocach dziewczynę. Była na swój sposób wyjątkowa. Dlatego też nie dziwiło go to, że właśnie ona poświęciła życie za przyjaciółkę. Było mu jej żal. Jedyna osoba, z którą lubił rozmawiać, i która go rozumiała.Gardził innymi. Nawet tą dziewczyną siedzącą obok niego z podciągniętymi do brody kolanami i zalaną łzami. Nie pocieszał jej, nie objął ramieniem choć trzęsła się z zimna. Nawet nie patrzył w jej kierunku. Wystarczająco irytujący był jej szloch. Kiedy czarnowłosa dziewczyna wyszła z krypty chłopak przyłożył dłoń do ust Tatiany, chcąc ją uciszyć. Czekał, aż zniknie za drzewami i wstał sprawnie.
- Chodź - zwrócił się do dziewczyny, która tylko przytaknęła głową.
Weszli do krypty. Panował w niej półmrok męczący oczu. Nawet cisza była nienaturalna. Dziewczyna stanęła przy wyjściu nie chcąc podchodzić bliżej. Chłopak za to nie wahał się. Bez większego wysiłku podniósł płytę, ale w środku nikogo nie było. Jej ciało zostało zabrane. Spodziewał się tego. Po obecności dziewczyny zostały tylko ślady krwi. Westchnął cicho i podszedł do mieszkanki Anubisa.
- Już wszystko w porządku - powiedział spokojnie i położył dłoń na głowie ciemnowłosej. - Po prostu zapomnij, bo już nic nie zrobisz. Twoi przyjaciele zaraz tu będą.
- Ale... Co ja mam im powiedzieć?
- Że wyjechała, bo jeżeli powiesz prawdę, to zniszczysz im życie, a tego nie chcesz?
- Nie chce.
- Ty też zapomnij.
Sano wyszedł zostawiając dziewczynę samą. ,,Takie życie" pomyślał i wtopił się w czerń lasu. Szedł na spacer, choć doskonale wiedział, że boi się ciemności. Ale przecież każdy człowiek się czegoś boi. Trzeba z tym walczyć. Może ta dziewczyna, która już nie żyła bała się śmierci, ale potrafiła to ukryć za swoim własnym murem? On też miał swój mur. Był wysoki i niedostępny dla każdego. Chłopak przeklął cicho, chcąc pozbyć się swoich myśli. Nie warto zaprzątać tym głowy. Jej śmierć będzie dla innych tylko kolejną tajemnicą, jakich wiele. Kolejną głupią historyjką.

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 35

Z perspektywy Eddiego
Ciemne oczy iskrzyły się pod porcelanową maską. Była to jedyna rzecz, na której można było skupić wzrok. Jej kontury rozmazywały się, jakby targał nią wiatr. Była jak czarna mgła. Na ramiona obadały długie, lekko kręcone włosy. Sądząc po dziwnym kloszu na nogach miała na sobie sukienkę do samej ziemi. Przechyliła trochę głowę w bok, przyglądając się nam wszystkim po kolei
- Czuje coś nienaturalnego - odezwała się, a jej głos rozbrzmiał jak spokojna muzyka.
- Dzień dobry, pani - wyjąkała Kara. Jej zazwyczaj zaróżowione policzki zrobiły się dziwnie blade. - Jest pani...
- Zgubą Anubisa - dokończyła i skupiła wzrok na mnie, kompletnie ignorując Tatiane. - Osirion? Czego chcecie?
- Chcemy dowiedzieć się jak...
- Eh jak oszukałam Henota? - skończyła za Fabina. Wyglądała na zniecierpliwioną, jakby miała co robić, jako duch. - To samo zrobiłam ja. Przywołałam moją poprzedniczkę, której się to udało. Więc teraz moja kolej żeby wam pomóc, tak jak ona pomogła mi. Po prostu zostawcie wszystko w moich rękach i róbcie, co wam każde.
Znikła, od tak. W pokoju zapanowała niezręczna cisza. Wszyscy nadal wpatrywali się w miejsce, gdzie przed chwilą stała. To w ogóle można nazwać pomocą? Raczej nie podobał mi się fakt, że jakaś zjawa lata po domu i nie wiadomo co ma w planach.
- Tak szczerze, to nie spodziewałem się, że nam się uda - wyznał Fabian po chwili.
- To chyba nie był dobry pomysł - mruknęła Kara. - Kompletnie mnie olała, a przecież cała ta sytuacja właśnie mnie dotyczy.
- Ej spokojnie - odezwałem się. - Powiedziała, że załatwi sprawę. Skoro jej się udało, to wie co robi. Zaufajmy jej.
- Serio? - spytał Alfie, zerkając na mnie jak na idiotę. - Chcesz ufać kobiecie, która pojawiła się z znikąd jak cień, dziwnej średniowiecznej sukni i porcelanowej masce? Eddie, to KOBIETA! Już sam ten fakt jest dowodem, że nie można jej ufać!
- Alfie... - odchrząknęła Tatiana, mordując chłopaka wzrokiem.
- Eee zgłodniałem.

Z perspektywy Patrici
Romans? Dramat? Komedia? Choć w sumie... nie. Niech będzie horror. Tylko jaki?
- Ludzie, jakie nudy - mruknęłam, odstawiając laptopa na łóżko. Nawet filmu nie chciało mi się oglądać.
Nie miałam nawet z kim pogadać, bo moje współlokatorki się zmysły. Joy, pewnie jest u Mary, albo z Jeromem. Właśnie, muszę z nim w końcu porozmawiać, choć kompletnie nie mam na to ochoty. Z nadzieją, że w salonie znajdę natchnienie do czegokolwiek skierowałam się do drzwi. Pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi. Zamknęłam je szybko i otworzyłam z powrotem. I tak kilka razy. Westchnęłam ciężko.
- Eh miałam nadzieję, że mam zwidy - powiedziałam do Eddiego, który stał w drzwiach i zerkał na mnie zaciekawiony.
- Oooo Patricio! To naprawdę ty?! Co za niespodzianka! Naprawdę, nie spodziewałem się, że cie spotkam. No ale skoro już tu jestem, to wejdę. Ah te niezapowiedziane wizyty.
Na chama wepchnął mi się do po pokoju i walnął na moje łóżko, szczerząc jak głupi. Sfrustrowana zamknęłam drzwi i splotłam ręce na piersi.
- Co ty wyprawiasz? Zapraszał cie tu ktoś?
- Ale to tak niespodziewanie! - Bronił się zawzięcie. - Przechodzę sobie obok, bo byłem w odwiedzinach, i na ciebie wpadłem. Co za przypadek!
- Niby u kogo byłeś w odwiedzinach?
- No wiesz... U Luciana.
- Luciana? - powtórzyłam, patrząc na niego podejrzanie.
- To nietoperz wiszący w windzie na języku, bo mu ten język do sopla lodu przykleił.
- Że co proszę? - Spojrzałam na niego, jak na skończonego kretyna, którym zresztą był. - Co z tobą nie tak? Poza tym tutaj nie ma windy!
- Czepiasz się szczegółów. Lucianowi byłoby przykro, że kwestionujesz jego istnienie - burknął, przewracając się w stronę ściany.
- Eddie, wypad z mojego łóżka. - Podeszłam do niego i popchnęłam w ramię.
- Tak traktujesz gościa? - Obrócił się w moją stronę i podniósł na łokciach.
- Pech! Jak chcesz spać, to na ziemi. Znaj swoje miejsce.
- Osz ty wredoto.
- To nie ja wepchałam ci się siłą do pokoju.
-  A szkoda, bo chciałbym. Nawet bym ci ugościł i pozwolił leżeć na swoim łóżku - powiedział znacząco nawiązując do obecnej sytuacji.
- Ta, ja nie wątpię.
Przyglądałam się chłopakowi. Leżał sobie w najlepsze i nic nie robił z mojego sprzeciwu. Nawet nie chciało mi się z nim kłócić.
- Nienawidzę cie - powiedziałam z westchnieniem.
Odgarnęłam włosy z twarzy i położyłam się obok niego. Blondyn od razu przysunął mnie bliżej siebie i objął.
- Tylko nie wyobrażaj sobie za wiele.
- Wiem, wiem. Przecież i tak już nic do ciebie nie czuje - powiedział nie otwierając nawet oczy. Miałam wrażenie, że kłamstwo byłoby w nich zbyt widoczne. Poczułam jego ciepłe usta na moim czole i dłoń, która pogładziła mój policzek. Byliśmy przyjaciółmi, więc nie widziałam w tym nic złego.

Z frustracją oglądałam jak krople deszczu spływają po szybie i uderzają w parapet. Nie miało dzisiaj padać, ale padało. Gdzie tu sprawiedliwość? Rozpadało się od razu po obiedzie przez co moje plany spaceru rozpłynęły się w powietrzu. W ogóle dlaczego w tej chacie jest tak zimno?Mam na sobie bluzę i kurtkę, a i tak mi zimno. Przyłożyłam głowę do szyby.
- Walenie głową o szybę nie sprawi, że deszcz przestanie padać, Trixie - powiedział Alfie, który z Willow grał w karty na kanapie.
- Powale twoją głową i zobaczymy.
- Nie martw się Patti. Luciano, też jest sfrustrowany tą pogodą - wtrącił Eddie przez co obdarzyłam go morderczym spojrzeniem. Niedawno zwlekł się z mojego łóżka, a jego włosy ciągle były nie ułożone.
- Jaki Luciano? - spytał Lewis, nie odrywając się od kart.
- Nietoperz wiszący w windzie na języku - odpowiedziałam, przykładając z powrotem głowę do chłodnej szyby.
- Ah... Ale my nie mamy windy - zastanawiał się. - Mniejsza! Mogę z nim powisieć na języku w windzie?!
- Jasne - powiedziałam mając co raz większą ochotę walnąć głową Lewisa w szybę. - Nie krępuj się.
Chłopak uradowany pobiegł do swojego pokoju. Willow pozbierała opuszczone przez niego karty i poszła w jego ślady. Masakra, jaka patologia. Przymknęłam na chwile zmęczone oczy. W tym samym momencie poczułam jak pod moimi dłońmi powstają zgrubienia. Cienki linie poszerzały się, a ostre szpikulce wbijały w opuszki palców. Mozolnie otworzyłam brązowe oczy widząc w szybie ich bardziej iskrzące się odbicie. Ciemne oczy schowane za porcelanową maską spoglądały na mnie. Kiedy pochwyciła moje spojrzenie odsunęła się od szyby i wolnym krokiem cofała, aż pochłonęła ją ciemność. Odwróciłam się za siebie, ale nic nie świadczyło tym, żeby ktoś jeszcze ją widział. Z korytarza wychylała się Trudy i przywoływała mnie gestem dłoni. Sądząc po jej zniecierpliwionej minie robiła to już dojść długo. Otrząsnęłam się i podeszłam do niej. W drzwiach zobaczyłam osobę, której akurat teraz nie spodziewałam się zobaczyć. Victor, podpierając się laską z ciemnego drewna, chwycił mnie za nadgarstek i cicho zaprowadził do piwnicy. Mozolnym ruchem ręki wyciągnął z kieszeni ciężki klucz i przekręcił w zamku. Starając się nie robić żadnego hałasu wepchnął mnie do środka po czym zamknął za nami drzwi. Nie odzywał się dopóki nie usiadł na krześle, odstawił laskę, opierając ją o stół i westchnął. Spojrzał znacząco na krzesło obok. Usiadłam na nie przypominając sobie, jak siedziałam na nim, kiedy byłam mała. Wtedy było większe, albo to ja tak urosła. Pewnie to drugie.
- Jej obecność w tym domu jest wyczuwalna z daleka - mruknął bardziej do siebie.
- Kogo? - spytałam nic nie rozumiejąc.
- Poprzedniej Zguby Anubisa. Twoi przyjaciele ją przywołali - powiedział z niesmakiem. - Pewnie chcieli wiedzieć, jak udało jej się oszukać Henota. Gdyby znali prawdę...
- Jaką prawdę?
- Jak tak naprawdę udało się pokrzyżować plany Królowi. Bo tak już to działa. Każdy człowiek chce żyć i trzyma się tego życia kurczowo nawet jeżeli jest bolesne i skutkuje kolejnymi bliznami. Zresztą ty to wiesz... - uciął nagle i sposępniał.
- Nie, nie wiem. Bo odebrałeś mi pamięć - przypomniałam mu. Spojrzałam na niego z wyrzutem. - Właśnie dlatego to zrobiłeś? Zabrałeś mi pamięć, bo chciałeś żebym zapomniała o tych bliznach, które i tak już mam? Wiesz jak ja się teraz czuje? Moje obecne życie miesza się ze wspomnieniami, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze sprawa Zguby Anubisa. Za dużo tego.
- Może źle do tego podchodzisz? Może twoja przeszłość i Henot to całość. Szukasz prawdy, ale nie ma w niej nic dobrego. - Widziałam w jego oczach, że najlepiej by uciekł od tej rozmowy. - Nie, skończymy tę rozmowę. Przyszedłem tutaj w innym celu. Chce ci powiedzieć, jak pozbyć się z tego świata poprzedniej Zguby Anubisa.
- Pozbyć? Ona chce nam pomóc, a ja ma ją odesłać?
- Kiedy była na waszym miejscu zrobiła, to samo co wy. Przywołała swoją poprzedniczkę, czyli pierwszą Zgubę Anubisa, które pomogła jej, ale z fatalnym skutkiem.
- Jakim? - spytałam czując się nieswojo.
- Później się dowiesz. Na razie trzymaj przy sobie busole. Ona wie, że ty ją chronisz, dlatego będzie chciała się ciebie pozbyć.
Schowałam twarz w dłoniach. Byłam wykończona tym wszystkim. Nie miałam na to siły. Poczułam jak jego silna dłoń tarmosi moje włosy. Wiedziałam, że chce mi pomóc, ale nie mógł, a ja nie mogłam polegać na nim. Wierzyłam, że kiedy odebrał mi pamięć działał w dobrych intencjach. Dzięki niemu jestem, kim jestem. Ale kim tak naprawdę jestem? Słyszałam jak drzwi od piwnicy się zamykają. Podniosłam głowę, a mój wzrok przykuło kilka probówek, które leżały na stole przede mną. Były zakurzone, ale i tak można było dostrzec w nich cień osoby, która stała za mną. Twarz ukryta w porcelanowej masce była spuszczona w dół, a dłonie trzymała nie cały centymetr od moich barków. Zerwałam się z krzesła, które upadło na podłogę i wybiegłam z piwnicy omal nie wywalając się na schodach. Wpadłam na drzwi całym ciężarem ciała i mijając zdziwioną Mare na holu wbiegłam na górę do swojego pokoju.
Dopadłam półki między moim, a Joy łóżkiem. Szarpnięciem otworzyłam szufladę na samym dole szukając busole, którą tam rzuciłam. Nie mogąc jej znaleźć zaczęłam wyrzucać rzeczy z szafek. Spanikowana, czując za plecami jej obecność, zwalałam wszystko, co wpadło mi w ręce. Książki latały na drugą stronę pokoju.
- Gdzie to jest!?
Bałam się. Nigdy w życiu się tak nie bałam. Sfrustrowana pociągnęłam do siebie komodę licząc że coś z niej wypadnie, ale zamiast tego runęła na ziemie uderzając w moje ramię. Przyłożyłam rękaw kurtki pod oko nie chcąc czuć na skórze swoich własnych łez. Odgarniając z twarzy włosy, które ciągle przyklejały się do moich mokrych policzków, wyszłam z pokoju i poszłam do łazienki. Zamknęłam za sobą drzwi i ścisnęłam z całej siły blat zlewu, jakby miało mi to pomóc odgarnąć coś co teraz mnie dopadło. Nie wiedziałam, co to jest. Może mieszkanka strachu ze złością? ,,Najpierw zabije ciebie, a później Zgubę Anubisa" - szepnęła postać, która na ułamek sekundy pojawiła się w lustrze. Chwile zajęło mi wygrzebanie z kieszeni spodni telefonu, a jeszcze dłużej wyszukanie numeru telefonu do osoby, którą jaką jedyną chciałam teraz widzieć.